poniedziałek, 26 września 2016

Roślinny poniedziałek


Media społecznościowe to twory, które zasługują na osobny post, a nawet książkę;) Jedni je kochają, inni demonizują. Prawda jak zawsze leży gdzieś pośrodku. Trzeba umieć z nich korzystać, mieć dystans i czerpać z nich to co najlepsze. Jeśli mamy do nich racjonalne podejście, potrafią wiele zaoferować. Czasem odnoszę wrażenie, że gdyby nie istagram, odżywiałabym się znacznie gorzej;) Kiedy patrze na zdjęcia roślinnych pyszności wystawiane przez innych instamaniaków;) czuję się zmotywowana do podejmowania lepszych żywieniowych decyzji. Social media mogą połączyć nas z osobami o podobnych zainteresowaniach, jeśli takich ludzi brakuje nam w realu.
Ja media społecznościowe wykorzystuję właśnie do kontaktu, a raczej podglądania;) innych osób odżywiających się tak jak ja. Czerpię z tego wielką frajdę i inspirację. Dlatego postanowiłam przyłączyć się do instaakcji zaproponowanej przez Dominikę Brzeską, która ma na celu rozpowszechnianie diety roślinnej wśród osób odżywiających się w tzw. konwencjonalny sposób;) 
Ze zmianami w życiu i ...diecie bywa różnie. Są osoby, które lubią zmieniać wszystko naraz, potrafią za jednym zamachem wyeliminować np. wszystkie produkty zwierzęce i odzwierzęce ze swojego jadłospisu. Są też tacy, którzy lubią ze zmianą ,,flirtować", powoli próbować nowych rzeczy. Jedno i drugie podejście jest właściwe. Ważne, żeby nie myśleć w sposób typowy dla osób będących całe życie ,,na diecie", jak już zjedliśmy jedno ciastko, to zrujnowaliśmy wszystko, więc sięgamy po dziesięć kolejnych.  Nie karać się za popełniane błędy, tylko naprawiajmy je przy kolejnym posiłku. 
#Roślinny poniedziałek jest więc taką zachętą do romansu z zieleniną. Do przekonania się, że weganizm to nie deprywacja i sekta;), że warto czasem spróbować czegoś innego. Może taka niewielka zmiana zachęci nas do kolejnych, może sprawi, że poczujemy się lepiej, że będziemy mieć więcej energii, może okaże się, iż po roślinnym poniedziałku, będziemy mieli na koniec dnia ochotę na przebieżę, a nie zaparkowanie pośladków na kanapie. 
Ok, jedziemy z roślinnym koksem;)



Śniadanie:

Zielony koktajl
  • garść szpinaku
  • 2 banany
  • szklanka roślinnego mleka
  • łyżka mielonego siemienia lnianego
Wszystkie składniki umieszczamy w blenderze i miksujemy. 

Przekąska:

Wafle ryżowe z awokado albo hummusem .

Obiad:

Curry z czerwonej soczewicy z batatem



Składniki:
  • 2 łyżki oleju kokosowego 
  • kawałek (około 2 cm) utartego korzenia imbiru
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 średni batat 
  • słoiczek przecieru pomidorowego (200g)
  • 2 łyżki wegańskiej pasty czerwone curry
  • 3 szklanki wywaru z warzyw
  • 2/3 szklanki czerwonej soczewicy 
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • kilka łyżek mleka kokosowego (opcjonalnie)
Do podania:
  • ryż
  • czerwona cebula
  • pietruszka lub kolendra
 
Sposób wykonania:

  1. Soczewice płuczemy i odstawiamy.
  2. Na patelni albo w szerokim garnku rozgrzewamy olej kokosowy. Dodajemy czosnek, korzeń imbiru i batata. Podsmażamy przez 2 minuty.
  3. Dodajemy pastę curry i podsmażamy przez kolejne 2 minuty, często mieszając.
  4. Dodajemy przecier pomidorowy, wywar z warzyw, soczewicę i kurkumę. Dokładnie mieszamy i gotujemy na wolnym ogniu przez około 20-30 minut.
  5. Pod koniec gotowania wlewamy mleko kokosowe i łączymy wszystkie składniki. 
 
Przekąska:

Daktyle, migdały.


Kolacja:


Sałatka z komosą ryżową
  • dowolna słata
  • pomidor
  • ugotowany burak
  • marchew
  • awokado
  • szklanka ugotowanej komosy ryżowej
Sałatkę przyprawiamy dresingiem z tahini i sokiem z cytryny.

niedziela, 25 września 2016

Risotto z kaszy gryczanej z buraczkami


Moja kuchnia przypomina w tym momencie koszary, poza walką z przedmiotami martwymi, niewiele mogę w niej w tej chwili zrobić. No cóż czasem trzeba się pomęczyć, żeby w przyszłości było lepiej. Zresztą przestałam postrzegać wiele spraw w kategoriach udręki i zmagania. Jest jak jest, nie mam kontroli nad wieloma sprawami, tym że większość rzeczy spada na mnie najczęściej w jednej chwili, po czym nadchodzi czas, w którym nie dzieje się nic. Life. Dochodzę też do wniosku, że powiedzenie, iż ,,sekretem do szczęścia są małe oczekiwania" jest w 100% prawdziwe. Podczas wakacyjnego wypadu wdrożyłam ową zasadę w życie i dzięki temu miałam rewelacyjny urlop. 
Tak więc nie spodziewam się stworzenia przez chwilę czegokolwiek ciekawego w moim kuchennym ,,sanktuarium";) Mam jednak kilka przepisów, które zalegają na blogu w wersjach roboczych. Jednym z nich jest buraczane risotto z kaszy gryczanej pochodzące z książki ,,Smakowita Ella". 
Nie mogę się nadziwić w jak niewielkim stopniu wykorzystałam wyżej wymienioną książkę. Może dlatego, że zewsząd nieustannie bombardują nas setki przepisów, a my w tym nadmiarze nie potrafimy się odnaleźć. Znowu nasuwa się na myśl paradoks wyboru- więcej oznacza mniej. Dlatego postanowiłam nie kupować nowej książki Diany Shultz ,,Minimalist baker" pomimo, iż uwielbiam jej bloga i nieustannie wykorzystuję jej rewelacyjne pomysły. Na mojej szafce nocnej zalega kilka niedokończonych książek, w tablecie czekają rozpoczęte ebook'i, w kuchni poniewierają się: ,,Smakowita Ella", ,,The Plantpower Way" i ,,My New Roots", do żadnej z nich nie sięgnęłam wystarczającą ilość razy. A przecież moim zamiarem nie jest kolekcjonowanie książek kucharskich. 
Buraczane risotto świetnie współgra z moim postanowieniem zredukowania żywności kupowanej w opakowaniach. Wszystkie składniki potrzebne do tej potrawy możemy kupić na wagę. Gorąco zachęcam wszystkich do robienia mleka kokosowego w domu. We własnej kuchni możemy stworzyć tańszą, zdrowszą i zdecydowanie bardziej ekologiczną wersja tego smacznego napoju. Prostą instrukcję znajdziecie tutaj. 


Składniki:

  • 1,5kg buraków (5-6 sztuk)
  • 2 szklanki (400g) niepalonej kaszy gryczanej
  • puszka mleczka kokosowego (400ml) albo 1,5 szklanki domowego mleka kokosowego
  • sok wyciśnięty z jednej cytryny
  • sól i pieprz
 
 Sposób wykonania:

  1. Buraki pieczemy w całości i ze skórką w piekarniku nagrzanym do 220 °C przez około godzinę. (polecam wybrać niewielkie buraki, co pozwoli skrócić czas pieczenia)
  2. Kaszę płuczemy i gotujemy przez 10-15 minut.
  3. Upieczone buraki studzimy i obieramy ze skórki.
  4. Obrane buraczki wrzucamy do melaksera, dodajemy sok z cytryny, mleczko kokosowe, sól i pieprz. Miksujemy na gładką masę.
  5. Ugotowaną kaszę mieszamy z buraczkami i podgrzewamy.

środa, 21 września 2016

Czy zmiana sezonu musi oznaczać kolejne zakupy?


Żegnamy lato a wraz z nim bikini, letnie sukienki, szorty i sandały. Wiele z nas nerwowo zagląda do wypełnionej po brzegi szafy i dochodzi do pochopnego wniosku, że kolejny raz nie ma co na siebie włożyć. Jeśli często doświadczasz tego rodzaju rozterek, może warto poddać analizie zachowania i nawyki związane z dokonywaniem zakupów. 
Niby zawsze uważałam się za minimalistkę, a mimo to w pewnym momencie wpadłam w konsumpcyjną pułapkę, która sprawiła że choć moja szafa pękała w szwach ( a raczej ścianach;)), to jednak nadal nieustannie wkładałam na siebie wciąż te same ubrania i przeklinałam zawartość swojej garderoby. Tak naprawdę dużej zmiany dokonałam po powrocie do Polski. Może dlatego, że w ojczyźnie nadal nie ,,dorobiłam się" szafy, a wszystkie moje ciuch leżą cały czas na widoku, bezlitośnie wymuszając minimalizm i porządek.  Nie mogąc przymknąć oka ani drzwi;) na zawartość mojej garderoby siłą rzeczy została ona poddana dogłębnej analizie. Pożegnałam się z rzeczami, w których nie chodzę, których nie lubię, z ciuchami zniszczonymi, albo nie w moim stylu.
Po tej przymusowej weryfikacji od ponad dwóch lat jestem na ubraniowym detoksie. Przez cały ten czas, pomijając bieliznę kupiłam: 2 swetry, torebkę, pantofle oraz buty do biegania, które są na tyle uniwersalne, że można w nich chodzić na co dzień. Jakimś cudem mam co włożyć ,,na grzbiet";)
Fascynująca teoria psychologa Barry'ego Schwartz'a o paraliżu i niezadowoleniu spowodowanym nadmiarem wyborów dotyczy każdego aspektu życia, w tym ubrań. Jeśli chcecie się z nią bliżej zapoznać kliknijcie tutaj. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że nadmiar wyborów przed którymi stajemy każdego dnia sprawia, że czujemy się zniechęceni do ich podejmowania a konsekwencją tego jest nie tylko inercja, ale także rozczarowanie i frustracja. 
Dobrą radę na nadmiar,  nie tylko w sferze mody, dała słynna projektantka Vivien Westwood: ,,Kupuj mniej, dokonuj właściwych wyborów i spraw by wystarczało to na jak najdłuższy czas''. Niby brzmi banalnie i prawdopodobnie większość z nas uważa, że wdraża w życie ową zasadę, ale prawda bywa niestety często zupełnie odmienna. Kupujemy zbyt wiele bez zastanowienia a nabyte ciuchy gromadzimy, albo pozbywamy się ich z prędkością światła.
Jeśli chcecie w refleksyjny sposób podejść do zawartości swojej szafy, polecam film ,,The True Cost''  (kliknij, żeby zobaczyć trailer)  -dokument, który otwiera oczy na to kto, tak naprawdę, płaci cenę za nasze zamiłowanie do szybkiej mody. Film wszedł na ekrany wybranych polskich kin studyjnych oraz letnich 26 sierpnia. Aktorka Anne Hathaway w jednym zdaniu świetnie podsumowała czym jest ów obraz: ,,To otwierający oczy film, pozycja obowiązkowa dla wszystkich którzy kochają modę i ubrania, a jednocześnie chcą, żeby świat był lepszym miejscem". Choć dokument ten ukazuje ciemną stronę mody (zobaczymy w nim katastrofy w fabrykach odzieży, niewolnicze warunki pracy, choroby dzieci, których przyczyną są pestycydy używane na polach bawełny, degradację środowiska), to jednak film ten nikogo nie obwinia, nie wywoła w Tobie gigantycznych wyrzutów sumienia. Raczej zachęci do zadawania sobie pytań, do robienia zakupów i w ogóle życia w bardziej świadomy sposób.
Do przemyśleń na temat mody zachęca także książka autorki bloga styledigger.com  ,,Slow fashion". Joanna Glogaza uważa, że większość z nas ma tyle ciuchów, że ich zapas starczyłby na kilka albo nawet kilkanaście lat. Mimo to nadal nabywamy nowe ubrania. Blogerka proponuje przejście na modowy detoks, czyli  odcięcie się od magazynów, blogów, galerii handlowych, wypisanie się z newsletterów, które zaśmiecają naszą skrzynkę emaliową i sprawiają, iż mamy wrażenie, że ciągle nam czegoś brakuje. Ograniczenie zakupów oraz kontaktu ze światem szybkiej mody da Ci wolny czas, który możesz spożytkować w znacznie ciekawszy i kreatywny sposób. Przypomnisz sobie co jest Twoją pasją, albo odkryjesz całkiem nową, obejrzysz zaległe filmy, przeczytasz stos książek zgromadzonych na nocnej szafce, może zaczniesz uprawiać jakiś sport. Poczujesz też, że przestaje sterować Tobą korporacyjna machina, która wmawia Ci, że kolejny zakup uczyni Ciebie i Twoje życie lepszym. 
Przyjrzenie się swojej garderobie i chwilowa zakupowa asceza sprawią, że odkryjesz co tak naprawdę lubisz nosić, jakie są Twoje potrzeby i styl. Przeprowadzając tego typu inwentaryzację zrozumiesz też, jak mówi autorka bloga ,,Minimal plan", iż ,,pomiędzy podziwianie mody na płaszczyźnie estetycznej a pogonią za trendami jest spora różnica".
,,Slow fashion" zachęca również do kupowania w second handach. Sklepy z ubraniami vintage potrafią uzmysłowić nam czym tak naprawdę powinna być moda i jaką jakość powinny mieć ubrania. Rzeczy , które potrafią przetrwać długie lata i nadal nadają  się do noszenia (mam tu również na myśli ich uniwersalność/ponadczasowość) powinny stanowić podstawę naszej garderoby. 
Jeśli nadal potrzebujesz zachęty, aby bliżej przyjrzeć się sobie i swojej garderobie, polecam odwiedzić blog Zero Waste  Home. Jego założycielka Bea Johnson potrafi z 15 sztuk ubrań, stworzyć 50 kreacji. Co więcej, wszystkie jej ubrania pochodzą właśnie z second handów. Moim zdaniem jej minimalistyczne i kreatywne podejście do mody jest niezwykle inspirujące.
Czy masz chęć i odwagę;) przyjrzeć się swojej szafie? 


czwartek, 15 września 2016

Ciasto jaglane z gruszką


Moje powakacyjne postanowienie dotyczące redukcji plastiku i w ogóle żywności zapakowanej w cokolwiek, a także próba spożywania jak najmniejszej ilości cukru, sprawiają że moje wypieki stają się wyzwaniem idącym o krok dalej. Jak widać eliminacja produktów odzwierzęcych to dla mnie za mało;)
Przyznam, że fanką kaszy jaglanej nie jestem. W wersji śniadaniowej raczej nigdy u mnie nie występuje, choć przemycam ją do pasztetów z soczewicą, które uwielbiam. Ale jaglanka w formie ciasta, to inna sprawa. Deserowi potrafię wybaczyć nawet obecność kaszy;)
Przepis znalazłam w magazynie dla kobiet, których z zasady nie kupuję, bo uważam że to zbędna makulatura. Kolorowe gazetki, tak jak telewizja mają tendencję do mówienia kobietom co z nimi jest nie tak, że ich związki są do bani, twarze potrzebują kolejnego kremu, ciało serii niedorzecznych zabiegów, psychika dogłębnej terapii, a zawartość szafy-wiadomo nadaje się co sezon do wymiany.  Staram się unikać tego wszystkiego, choć  co jakiś czas moja mama podrzuca mi jakieś dwa kolorowe tytuły, żebym już całkiem nie zdziczała w tym swoim braku kontaktu z cywilizacją;) Jest pośród nich Uroda Życia, którą lubię za niewielką ilość zawartego w niej bełkotu. Za wywiady z Jackiem Masłowskim, który naprawdę potrafi przybliżyć kobietom zasady funkcjonowania facetów, za kulturalne nowinki i gotowanie z  Agnieszką Maciąg. Poniższy przepis jest jej autorstwa. Co prawda przerobiłam go nieco na swój użytek, bo uważam że przepisy są w większości od tego, żeby je dostosowywać do własnych potrzeb i upodobań. Ok, nie opóźniam dłużej swoimi wywodami i podaję recepturę.

Składniki:

  • 1,5 szklanki kaszy jaglanej (300g)
  • dojrzała gruszka
  • dojrzały banan*
  • skórka otarta ze sparzonej pomarańczy
  • garść rodzynek
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 5 łyżek mąki owsianej
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 10 miękkich dużych daktyli bez pestek
  • 3 łyżki cukru**
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego

Sposób wykonania:

  1. Kaszę płuczemy, przelewamy wrzątkiem i zalewamy 3 szklankami wody. Gotujemy na wolnym ogniu przez około 25-30 minut.  
  2. Siemię lniane zalewamy 6 łyżkami ciepłej wody. 
  3. Gruszkę oraz banana (można użyć 2 gruszek jeśli są bardzo słodkie) obieramy, kroimy i wrzucamy do malaksera albo blendera. (Albo trzemy na tarce, jeśli używamy do robienia ciasta blendera ręcznego.)
  4. Dodajemy przestudzoną kaszę, mąkę owsianą, siemię lniane, proszek do pieczenia, skórkę pomarańczową, sok z cytryny, daktyle i cukier. Całość dokładnie miksujemy. 
  5. Dodajemy rodzynki i delikatnie mieszamy.
  6. Blaszkę do pieczenia smarujemy tłuszczem i przekładamy do niej masę.
  7. Ciasto pieczemy przez około 40-50 minut (w zależności od tego jakiej formy używamy).
* w oryginalnym przepisie są 2 gruszki, moje jednak okazały się mało słodkie dlatego zastąpiłam jedną bananem
 ** użyłam cukru brzozowego, ale można zastąpić go jakimkolwiek. Jeśli dodamy więcej daktyli, a gruszki są bardzo słodkie można spróbować pominąć dodatek cukru
***  polewa na części ciasta pojawiła się po komentarzu mojego męża (,,it's weird"), choć ciasto pochłaniał z zapałem maniaka;) postanowiłam je nieco ,,ulepszyć". Polewa jest mieszanką kakao, cukru, oleju kokosowego oraz mleka roślinnego.

środa, 14 września 2016

Wegańskie kotleciki z ciecierzycy


Jakiś czas temu w przypływie fascynacji wegańskimi ,,omletami" kupiłam mąkę z ciecierzycy. Bezjajeczny wytwór wyszedł całkiem ok, choć z omletem łączyła go chyba jedynie...nazwa... Dałam spokój plackom z ciecierzycy udającym jajka i schowałam mąkę w ciemny kąt spiżarki. 
Na wakacjach miałam okazję próbować klopsików z ciecierzycy i choć, jak dla mnie, były zbyt tłuste- bo smażone w głębokim oleju, to jednak jakoś mnie zaintrygowały. Tak więc po powrocie do domu mąka ponownie ujrzała światło dzienne, a ja z eko-zapałem wybrałam się po resztę potrzebnych składników pozbawionych plastiku. Moim powakacyjnym postanowieniem jest tzw. bulk shopping, czyli robienie zakupów na wagę i przynoszenie do sklepu własnych pojemników. Rezygnacja z żywności przechowywanej w puszkach jest nie tylko ekologiczna, ale i egoistyczna;) Unikając stłamszonych w puszkach warzyw nie narażamy naszego organizmu na kontakt i kumulację w naszych cennych tkankach bisfenolu A (BPA). Jeśli chcesz wiedzieć więcej na temat tej substancji odsyłam Cię np. tutaj
Wiem, że gotowanie ciecierzycy i jej podobnym twardzieli wydaje się trwającą pół dnia udręką, na którą współczesny człowiek nie ma ani czasu, ani siły. Jednak spróbuj zrobić to raz a przekonasz się, że suche strączki nie są takie straszne, że jedynie instrukcja ich obsługi bywa nużąca. 
Generalnie istnieją dwa sposoby gotowania wszelkiego rodzaju fasoli. 
1. Krótsza, redukująca w 80% trudne do strawienia cukry. 
Gotujemy fasolę przez 3 minuty i odstawiamy na 2-4 godziny. Po tym czasie wylewamy wodę i płuczemy strączki. Gotujemy ponownie do miękkości.
2. Metoda wymagająca dłuższego namaczania.
Namaczamy fasolę przez co najmniej 8 godzin. Wylewamy wodę, płuczemy i gotujemy do miękkości.
No i chyba nie taki diabeł straszny;) Tym bardziej, że warto ugotować więcej fasoli, podzielić na porcję i zamrozić w słoikach.


Składniki:

  • szklanka mąki z ciecierzycy
  • 2 szklanki ugotowanej ciecierzycy
  • 1/2 szklanki posiekanej zielonej cebulki
  • 1/4 szklanki posiekanej pietruszki
  • 1 nieduża czerwona papryka
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • łyżka oliwy
  • 2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • 1/4-1/2 łyżeczki ostrej papryki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • pieprz

Sposób wykonania:
  1. Soczewicę namaczamy przez co najmniej 8 godzin. Odcedzamy, płuczemy i ponownie zalewamy wodą. Gotujemy przez około 1 godzinę.
  2. W dużej misce łączymy mąkę z ciecierzycy z przyprawami. Do suchych składników wlewamy 3/4 szklanki gorącej wody i dokładnie mieszamy. Dodajemy sok z cytryny oraz oliwę i ponownie mieszamy.
  3. Ugotowaną ciecierzyce zgniatamy za pomocą widelca (nie trzeba robić tego zbyt dokładnie).
  4. Ciecierzycę oraz pozostałe składniki dodajemy do masy i mieszamy.
  5. Formujemy niewielkie kotleciki. 
  6. Na dużej patelni rozgrzewamy 1-2 łyżki oleju i smażymy kotleciki z każdej strony przez około 3-4 minuty.

czwartek, 8 września 2016

Bezglutenowe i bezcukrowe ciasteczka owsiano-kokosowe


Z cukrowego detoksu wybiły mnie spontaniczne wakacje, na które postanowiliśmy wreszcie pojechać z moim ,,życiowym wspólnikiem". Przyznam, że nie zrodziło to we mnie wyrzutów sumienia, tak samo jak poczucia winy nie wywołało pozostawienie butów do biegania przez cały wyjazd w walizce. Sportowo-żywieniowe ambicje zawiesiłam na kołku i było mi z tym dobrze, nawet fantastycznie. Słodycze spożywałam w umiarze a ,,formalną" aktywność fizyczną zmieniłam na spacery i pływanie. ,,Odkleiłam się" od telefonu i komputera, przez tydzień starałam się po prostu BYĆ, bo czuję, że czasem tracę tą niby prostą umiejętność. Zresztą chyba nie ja jedna...
Grecja, w której ostatni raz byłam lata świetlne temu, zaskoczyła mnie przerażającą  ilością odpadów leżących niemal WSZĘDZIE. Spoczywają na plażach w ilości przeważającej spragnionych słońca turystów, z tą różnicą, że po zachodzie słońca nigdzie się nie ruszają. Choć wiele z nich zapewne pochłonie morze.  Dziedzictwo jakie zostawiamy przyszłym pokoleniom, to dramat. Dramatem jest również ogólny brak świadomości i odpowiedzialności za własne działania. Wszechobecny tumiwisizm. Świętą prawdą jest to co powiedział Marcin Popkiewicz w wywiadzie dla Gazety Wyborczej ,,Toniemy. W słonej wodzie i śmieciach".
Podczas tego wyjazdu podjęłam świadomą decyzję, że to co widzę nie zepsuje moich wakacji, nie zamknie mi oczu na naturalne piękno tego kraju, że nie będę chodzić wściekła na ludzką głupotę i lenistwo, które wygenerowały cały ten syf. Postanowiłam natomiast po powrocie do domu pielęgnować swojego ekoświra z jeszcze większą zawziętością. Na szczęście te dantejskie sceny nie zrodziły we mnie poczucia bezradności i niechęci do działania, bo przecież i tak to co robię nie uratuje świata. Nie chcę wychodzić z takiego założenia, bo takie podejście stawia mnie w pozycji ofiary, a ja nie chcę być ani ofiarą, ani też biernym obserwatorem. Chcę coś robić, pomimo że te działania mogą mieć sens dla niewielu i nie przynoszą tzw. zysków.  
Zresztą śmieci nie były jedyną rzeczą, do której moja lubiąca porządek, spokój i logikę głowa mogłaby się doczepić ale wszystko to za sprawą świadomej decyzji i właściwego podejścia nie miało znaczenia. Dzięki temu miałam fajne wakacje, z których pamiętam zachwycające wschody słońca, szum morza, piękną pogodę i smak orzeźwiającego wina. Reszta jest zjawiskiem, które przyjęłam do wiadomości i nad którym postanowiłam się nie roztrząsać. 
Teraz staram się na nowo porzucić cukier i wymówki związane z podejmowaniem aktywności fizycznej. Próbuję podchodzić do rzeczywistości z wakacyjnym dystansem. Wiem, że po drodze będą lepsze i gorsze dni, ale może warto zaakceptować tą różnorodność. Nie wszystko musi być codziennie idealne i kolorowe. 
Poniższe ciastka są świetną alternatywą dla słodyczy pochodzących ze sklepu, nie tylko dlatego, że nie zawierają cukru, ani innych dodatków, które warto omijać szerokim łukiem. Ciasteczka te można zrobić unikając całkowicie plastikowych opakowań. Płatki owsiane, wiórki kokosowe, migdały oraz rodzynki można kupić na wagę przynosząc do sklepu własne pojemniki. Olej kokosowy jest zazwyczaj sprzedawany w szklanym słoiku, który możemy później wykorzystać choćby na domowe konfitury. Warto spróbować nie tylko słodyczy bez cukru, ale i zakupów wolnych od plastiku. #zerowastecookies
 
Składniki:

  • szklanka płatków owsianych górskich
  • szklanka wiórków kokosowych
  • 1/3 szklanki mielonych migdałów
  • 2 banany
  • 5 łyżek oleju kokosowego
  •  1/2 szklanki rodzynek
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Sposób wykonania:

  1. W dużej misce umieszczamy płatki owsiane, wiórki kokosowe, mielone migdały, cynamon oraz proszek do pieczenia.
  2. W osobnym naczyniu ugniatamy banany i łączymy je z płynnym olejem kokosowym.
  3. Mokre składniki wlewamy do suchych i dokładnie mieszamy. 
  4. Dodajemy rodzynki i ponownie mieszamy.
  5. Z ciasta formujemy okołu 12 ciasteczek, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  6. Pieczemy przez około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.


wtorek, 6 września 2016

Makaron z cukinii z czerwoną soczewicą


Doświadczam ostatnio cukiniowej inwazji i chętnie się jej poddaję;) Żeby nie było nudno staram się wykorzystywać ją na wszelkie możliwe sposoby. Są więc sałatki, placki, ciasta i oczywiście spaghetti, które uwielbiam. Sprializer, który nabyłam jakieś trzy lata temu jest niemal w codziennym użytku. W odróżnieniu od sokowirówki porastającej przez ostatnie miesiące kurzem, to niewielkie urządzenie wykorzystuję w 100%. Lubię w nim to, że jest niewielkie, proste w użytku, łatwe do mycia i nie wymaga podłączania do prądu. 
Spiralizer zachęca do robienia fantazyjnych sałatek, albo innych warzywnych kompozycji. Dzięki tej maszynce na letnie miesiące zapomniałam o istnieniu pszennego makaronu i zupełnie za nim nie tęsknię;)

Składniki:

  • 3 utarte marchewki
  • 4 ząbki czosnku
  • 1/3 szklanki pokrojonej zielonej cebulki
  • 2 szklanki sosu pomidorowego
  • 3/4 szklanki wywaru z warzyw (można zastąpić wodą)
  • 3/4 szklanki czerwonej soczewicy
  • łyżka oleju albo oliwy z oliwek
  • 1 i 1/2 łyżeczki suszonej bazyli
  • łyżeczka suszonego oregano
  • sól, pieprz
  • szczypta płatków chilli 
  •  2 średnie cukinie

Sposób wykonania:

  1.  Na rozgrzanej łyżce oleju albo oliwy podsmażamy pokrojony czosnek i zieloną cebulkę.
  2. Dodajemy marchew i podsmażamy przez parę minut.
  3. Zalewamy sosem pomidorowym, dodajemy bazylię, oregano oraz sól, pieprz oraz płatki chilli. Mieszamy.
  4. Po chwili wsypujemy opłukaną soczewicę i dolewamy wywar z warzyw albo wodę.
  5. Zmniejszamy ogień i gotujemy całość przez 25-30 minut.
  6. W międzyczasie robimy makaron z cukinii za pomocą spiralizera albo obieraczki julienne.
  7. Spaghetti z cukinii podajemy na surowo albo podsmażamy na łyżce oleju z dodatkiem bazyli, oregano i soli.
 
na podstawie przepisu z bloga minimalistbaker.com