środa, 7 grudnia 2016

Bezglutenowe ciasto dyniowe


Początek grudnia to dla mnie czas, w którym pozbywam się jesiennych dekoracji. A że mam delikatne zboczenie ekologiczne, które objawia się niechęcią do zakupów oraz wszystkiego co sztuczne, jesienną w moim domu króluje dynia. Jej słoneczny kolor potrafi rozpromienić każde wnętrze. Powitaliśmy jednak grudzień, więc nadchodzi czas na zmianę kolorystyki.
Zdezaktualizowane dekorację z powodzeniem wykorzystuję w kuchni w rozmaitego rodzaju daniach i wypiekach. 
Z mojej diety zniknął w ostatnim czasie gluten, tym samym zmieniły oblicze moje wypieki. Nie rozpaczam z powodu braku pszennej mąki i innych produktów. Zawsze wychodzę z założenia, że eliminacja czegoś zmusza mnie do poszukiwań czegoś innego, co w ostateczności wzbogaca moje doznania smakowe
W poniższym przepisie użyte zostały płatki owsiane, których obecność w diecie bezglutenowej bywa kontrowersyjna głownie z powodu zanieczyszczenia owsa pszenicą, żytem lub jęczmieniem, do którego dochodzi podczas zbiorów , transportu, przechowywania i przetwarzania. Dlatego jeśli cierpimy na nietolerancję glutenu musimy zwracać uwagę na to by kupować produkty certyfikowane, wolne od zanieczyszczeń. W Europie w produkcji czystego owsa przoduje Finlandia. Pamiętajmy też, że nie wszyscy chorzy na diecie bezglutenowej tolerują owiec (nawet ten wolny od glutenu), w takich przypadkach należy szukać innych zamienników. W wypiekach z pomocą przyjdą nam takie mąki jak: kukurydziana, gryczana, jaglana, amarantusowa, ryżowa.



Składniki:

baza
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1 szklanka migdałów
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 5-6 łyżek płynnego oleju kokosowego
masa dyniowa
  • 3 szklanki puree z dyni
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 szklanki mleka roślinnego
  • 2 i 1/2 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • łyżeczka cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • szczypta mielonych goździków
  • szczypta soli
 kokosowa śmietanka
  • puszka mleka kokosowego 

Sposób wykonania:

  1. Migdały mielimy w malakserze, dodajemy płatki owsiane i kontynuujemy rozdrabnianie.
  2. Kiedy migdały i płatki owsiane uzyskają konsystencje mąki dodajemy cukier i olej kokosowy. 
  3. Za pomocą funkcji pulsacyjnej łączymy wszystkie składniki. Gotowa masa będzie nieco sypka.
  4. Migdałowo-osianą mieszankę przesypujemy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i dociskamy ją za pomocą palców bądź szklanki z grubym dnem.
  5. Gotowy spód umieszczamy w piekarniku rozgrzanym do 175 stopni na 20 minut.
  6. W międzyczasie wszystkie składniki na dyniową masę umieszczamy w malakserze i miksujemy do uzyskania gładkiej konsystencji.
  7. Po 20 minutach wyjmujemy podpieczony spód i wylewamy na niego masę dyniową. Całość pieczemy przez 50-60 minut.
  8. Gotowe ciasto pozostawiamy w formie na kolejne kilka godzin.
  9. Ciasto podajemy z kokosową śmietanką. Aby wykonać krem kokosowy schładzamy puszkę mleka kokosowego przez co najmniej 8 godzin. Przekładamy do miski jego stałą część, dodajemy cukier puder i ubijamy za pomocą miksera ręcznego. 
 oryginalny przepis pochodzi z bloga minimalistabaker.com




sobota, 5 listopada 2016

Czemu warto poświęcić czas w weekend?



,,Czy czeka nas koniec?" to nowy film wyprodukowany przez Leonadro DiCaprio. Polski tytuł brzmi nieco bardziej dramatycznie, niż oryginał (,,Before the flood"). Może i dobrze bo sytuacja na naszej planecie robi się drastyczna, a wiele osób dalej żyje w błogiej nieświadomości. Większość ludzi nadal nie wierzy, że nasze poczynania mają wpływ na zmiany klimatyczne, nie zdaje sobie sprawy, że zasoby, które wydobywamy w zastraszającym tempie, w równie krótkim czasie mogą się skończyć. A w cywilizowanych krajach może dojść do tego co widzimy jedynie na ekranach coraz większych telewizorów- głodu, chaosu i wojen.
Film ten w prosty i wizualnie ciekawy sposób przedstawia to, czego naukowcy nie są w stanie przekazać masowej publiczności. Niemniej jednak komentarze pod zapowiedzią filmu na polskich portalach to kwintesencja naszych narodowych wad. Niemal każdy z komentujących wypowiada się tak jakby lata doktoryzował się w temacie zmian klimatycznych. Tylko, że te zjadliwe, pełne pseudowiedzy zdania ubiera w słowa, którymi nigdy nie padłyby z ust naukowca. Rzecz jasna każdy ma prawo do wolnej wypowiedzi, tylko szkoda, że ta szydera uderza najczęściej nie tam gdzie trzeba. I szkoda, że większość krytykujących to anonimowy motłoch siedzący bezpiecznie za ekranem swojego komputera.
Osobiście cenię DiCaprio za szczerość, za przyznanie się do ignorancji w wielu sprawach i do tego, że życie jakie wiedzie pozostawia potężny ślad ekologiczny. I za to, że zamiast siedzieć na tyłku i korzystać z życia ile się da- sławę i zarobione pieniądze wykorzystuje po to by nagłaśniać ważne sprawy.
Zamiast czytać komentarze pod zapowiedziami filmu;) obejrzyjcie go, bo jest w całości dostępny na YouTube w oryginale i po polsku. A jeśli film Was zaciekawi, albo jeśli stwierdzicie, że to bujda, to w obydwu przypadkach polecam książkę Marcina Popkiewicza ,,Świat na rozdrożu". Autor jest fizykiem ale jego wiedza  i zainteresowania wykraczają daleko poza kierunek ukończonych przez niego studiów. Popkiewicz to prawdziwy człowiek renesansu, więc nie spodziewajcie się prostej i szybkiej lektury. Choć jest rewelacyjnie i przystępnie napisana, to jednak warto nastawić się na 540 stron czystej wiedzy naukowej popartej sporą ilością wykresów i zdjęć. ,,Świat na rozdrożu" ukazuje nierozerwalne powiązania pomiędzy gospodarką, zasobami energetycznymi i środowiskiem. Pomaga pogłębić i usystematyzować wiedzę o skomplikowanym współczesnym świecie, zrozumieć zależności występujące pomiędzy, jak nam się wydaje, odległymi dziedzinami. Książka ta uświadamia nam, że jeśli jako jednostki i społeczeństwa nie zaczniemy szybko działać, najbliższe dekady mogą przynieść świat nie do poznania.

Mamy z głowy film i książkę, którym warto poświecić w  najbliższym czasie parę chwil, a czego warto posłuchać? I nie, nie chodzi o muzykę ale o podcast, czyli audycję radiową bez radia;) Uwielbiam podcasty bo są darmowe, ciekawe i nie muszę słuchać idiotycznych reklam. Moim numerem jeden jest podcast Richa Rolla, który znajdziecie na iTunes, Soundcloud, Stitcher, GooglePlay. Oczywiście podcast jest w języku angielskim, ale większość z Was ten język dobrze zna, a jeśli nie, słuchanie go ułatwi jego naukę. W tym tygodniu gościem autora ,,Ukrytej siły" jest Joshua Fields Millburn- współtwórca niezwykle popularnego bloga -theminimalists.com. Joshua wraz z Ryan'em Nicodemus'em piszą o satysfakcjonującym życiu z mniejszą ilością rzeczy, o radości płynącej z ,,odklejenia się'' od  mainstream'u . Wywiad ten zapewne zaciekawi tych, którzy (parafrazując Tyler'a Durden'a z filmu ,,Fight Club") ,,nie chcą by rzeczy, które posiadają zaczęły posiadać ich". Osobiście śledzę Minimalistów od lat, bo absolutnie zgadzam się z ich filozofią życia. Dla mnie mniej rzeczy oznacza więcej wolności. 
Autorzy bloga theminimalists.com podążali niegdyś drogą, którą zmierza większość społeczeństwa . Śnili swoją wersję amerykańskiego snu. Im więcej zarabiali i ciężej pracowali, tym więcej rzeczy potrzebowali. Ten materialistyczny wyścig prowadzący  donikąd przerwała śmierć matki Joshua, która na domiar złego zbiegła się z jego rozwodem. Te dwa traumatyczne doświadczenia sprawiły, że obudziła się w nim potrzeba zmiany. Chęć wyrwania z kleszczy życia na kredyt, życia ponad stan, gromadzenia dóbr, które tak naprawdę były próbą zamaskowania pustki i lęku. Droga jaką przeszli i zmiany jakich dokonali w swoim życiu autorzy bloga jest dowodem na to, że zweryfikowanie swoich nawyków, pozbycie się nadmiaru i świadoma konsumpcja sprawi, iż skorzysta na tym nasze zdrowie, związki, finanse i kreatywność. 

piątek, 4 listopada 2016

Domowe tortille



Jeśli ktoś tu czasem zagląda to zapewne wie, że ,,obraziłam się" na plastik i robię wszystko by jedzenie w niego opakowane nie przekraczało progu mojego domu. Nie jestem w 100% tam gdzie chciałabym się znajdować, czyli na wyspie wolnej od tego g...a, ale generalnie zmierzam we właściwą stronę (choć na horyzoncie wyspy nie widać;)).

Lata spędzone za oceanem sprawiły, że nabawiłam się słabości do meksykańskiego jedzenia (rzecz jasna z pominięciem niektórych składników). Dobre burrito zaspokaja największy nawet głód i...uzależnia;) szczególnie gdy przyrządza je mój mąż w wersji ze słodkim ziemniakiem. Mogłabym je jeść do znudzenia albo do czasu,  aż przestanę  mieścić się w największy rozmiar spodni jaki posiadam;) No ale nie muszę się obawiać przejedzenia tym meksykańskim przysmakiem, bo niestety w naszym domu przy garach częściej stoję ja, a zawijanie burrita to nie moja bajka. Jak się jednak okazało sprostałam wyzwaniu stworzenia domowych tortilli. Do tego, jak mi się wydawało, karkołomnego zajęcia zmusiła mnie ,,obraza" na plastikowe opakowania. Jak się ostatecznie okazało, sprawa wcale nie jest taka skomplikowana, ba jest wręcz banalna. Składniki do przygotowania poniższych placków zapewne znajdziecie w swojej kuchni, bo mąka, olej i sól, to raczej standard. Jeśli chodzi o czas, to w moim przypadku przyrządzenie tortilli w domu zajmuje mniej czasu niż ich zakup. Nie mieszkam w centrum miasta, ani nawet na osiedlu, w okolicy mam trzy sklepy, wszystkie wielkości znaczka pocztowego. Jak się domyślacie owa wielkość nie sprzyja produktom wykraczającym poza polskie podstawowe potrzeby. Co w mojej okolicy sprowadza się do chleba, wędliny, ziemniaków, piwa i wódki, choć kolejność zapotrzebowania na wymienione artykuły bywa często niestety odwrotna.
Jeśli nadal nie jesteście przekonani do ugniatania i wałkowania meksykańskich placków w domu, pozwólcie że podsumuję plusy owej ,,udręki":
  1. Szybkość (pomijając ,,leżakowania" ciasta przez 20minut) cała procedura zajmuje jakieś 15-20 minut. 
  2. Cena-całkowity koszt 4 dużych placków nie wynosi nawet 1 zł.
  3. Skład- spójrzcie na skład tortilli kupionych w sklepie i porównajcie go z poniższym przepisem. 
  4. Brak opakowania. Rzecz jasna ten aspekt jest ważny jedynie dla kilku świrów takich  jak ja, ale od niego zaczęła się cała ta zabawa.

Składniki:
  • 2 szklanki mąki
  • 3 łyżki oleju
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 2/3 szklanki ciepłej wody
Sposób wykonania:
  1. W misce umieszczamy mąkę, sól i olej. 
  2. Powoli wlewamy ciepłą ciepłą wodę i mieszamy.
  3. Ciasto przekładamy na oprószony mąką blat i wyrabiamy przez około 2 minuty.
  4. Wyrobione ciasto przekładamy powtórnie do miski , przykrywamy ściereczką i pozostawiamy na 20 minut.
  5. Po upływie 20 minut dzielimy je na 8 części i formujemy niewielkie kuleczki. (Jeśli chcesz duże placki np. do burrito, podziel ciasto na 4 części)
  6. Kuleczki wałkujemy na cienkie placki.
  7. Rozwałkowane placki wrzucamy na rozgrzaną, lekko naoliwioną patelnię.
  8. Smażymy około 1 minuty i przekładamy na drugą stronę. Smażymy kolejną minutę.
  9. Powtarzamy punkty 7 i 8 z resztą ciasta.
  10. Tortille (jeśli nie zjemy ich od razu) przechowujemy w szczelnie zamkniętym pojemniku w lodówce.

środa, 2 listopada 2016

Bardzo niewygodna prawda, czyli w jaki sposób zawartość talerza zatruwa środowisko




Czy nie jest absurdem, że aby wykarmić 7 miliardów ludzi zamieszkujących Ziemię potrzebujemy ilości zwierząt kilkukrotnie przekraczającej liczebność naszej populacji. Nasza planeta zaczyna wyglądać jak gigantyczna farma, gdyż 45% lądów jest przeznaczonych na hodowlę zwierząt będących źródłem pokarmu człowieka. Przestrzeń im poświęcona, w związku ze zwiększającym się przyrostem naturalnym, będzie się nieustannie powiększać, a wraz z nią do nieprzeciętnych rozmiarów urosną nękające naszą planetę problemy.

Jeśli uważasz się za osobę dbającą o środowisko bo oszczędzasz wodę, segregujesz śmieci i przemieszczasz się na rowerze, ale na Twoim talerzu nadal gości mięso, musisz przemyśleć całą sprawę na nowo. Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych hodowla zwierząt przeznaczonych do jedzenia jest jedną z głównych przyczyn problemów ekologicznych takich jak: zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie powietrza, skażenie oraz brak wody, degradacja lasów, utrata różnorodności biologicznej, destrukcja oceanów.

Wiem, że globalnego ocieplenia i związanych z nim zmian klimatycznych nie kojarzysz z zawartością swojego talerza. A jednak nie tylko spalanie węgla czy ropy naftowej wpływa na naszą atmosferę. Dwutlenek węgla produkowany przez przemysł i transport nie jest jedynym winowajcą. Sprawcą jeszcze większych problemów jest metan, który wchłania 25 razy więcej ciepła niż CO2.  Przemysł mięsny jest największym na świecie ,,wytwórcą” tego gazu. Rocznie jest on odpowiedzialny za uwolnienie do atmosfery ponad 100 milionów ton metanu.

Metan to nie jedyna szkodliwa substancja, która ma swoje źródło w przemyśle mięsnym. Zwierzęta hodowane na terenie USA produkują 130 razy więcej ekskrementów niż ludzie.Odpady te nie mają zorganizowanego systemu sanitarnego, znajdują się w gigantycznych, przepełnionych lagunach, których zawartość przedostaje się do ziemi, rzek i oceanów. W pobliżu ferm wielkoprzemysłowych amoniak i siarkowodór unoszą się w powietrzu . Ludzie mieszkający nieopodal takich miejsc skarżą się na krwotoki z nosa, bóle głowy i uszu, biegunki, problemy z drogami oddechowymi, depresję. Nic dziwnego, gdyż zwierzęce odchody obok amoniaku i siarkowodoru, zawierają też tlenek węgla, cyjanek, fosfor, azotany oraz metale ciężkie. Co więcej, odpady te są źródłem ponad 100 patogenów niebezpiecznych dla człowieka między innymi: salmonelli, cryptosporium, paciorkowców, ogoniastka jelitowego. Jak widać nie trzeba odwiedzać krajów trzeciego świata by nabawić się poważnej choroby pasożytniczej.

To co kiedyś we właściwych proporcjach stanowiło doskonały nawóz, teraz  staje się dramatycznym problemem tworzącym strefy martwych wód, będące obszarami o zbyt niskiej zawartości tlenu by mogły przeżyć w nich organizmy nim oddychające.

Większość z nas stara się oszczędzać wodę gdyż mamy świadomość jak cenna zaczyna być ta, jakby mogło wydawać się, pospolita substancja. Oczywiście, że dbanie o to by nie płynęła bez potrzeby z naszych kranów jest bardzo pozytywnym działaniem. Jednakże jeszcze bardziej rozsądnym posunięciem jest porzucenie diety bogatej w produkty zwierzęce. Według statystyk żywy inwentarz zużywa od 128 do 287 bilionów litrów wody rocznie.Do wyprodukowania jednego hamburgera potrzebne jest 2498 litrów wody. Podczas gdy kilogram pszenicy potrzebuje 180 litrów, a kilogram marchewki 240 litry. Jeden marny kawałek mięsa nie dość, że negatywnie wpłynie na Twoje zdrowie, to jeszcze pochłonie ilość wody, która starczyłaby na branie trwającego 7 minut prysznica przez okres 6 miesięcy.

Nie tylko woda ale i masowe ilości jedzenia przeznaczane są do wykarmienia zwierząt, które potem stają się naszym pożywieniem. Czy nie ma ironii w tym, że dziesiątki miliardów zwierząt otrzymuje każdego dnia posiłek, gdy 2 miliardy ludzi jest niedożywionych a 800 milionów głoduje.

Hodowla mięsa to biznes, którego destrukcyjna siła sięga tak odległych miejsc jak Amazonia. W każdej sekundzie potężne połacie wiecznie zielonych lasów deszczowych zostają wykarczowane tylko po to by do naszych ust mógł trafić hamburger. Chyba każdy z nas pamięta ze szkoły, że lasy te to potężne ,,płuca” naszej planety. Wycinając je i paląc ,,dusimy się” na własne życzenie. W ten sposób nie tylko odcinamy sobie cenną dla ziemi dostawę tlenu, ale również niszczymy rozmaite gatunki roślin, insektów i zwierząt, dla których miejsce to jest domem. Według niektórych ekspertów wycinając lasy amazońskie co godzinę uśmiercamy sześć gatunków roślin bądź zwierząt.



  •  hodowla zwierząt jest odpowiedzialna za 18% emisji gazów cieplarnianych


  • żywy inwentarz i jego produkty uboczne odpowiadają za emisję co najmniej 32,000 milionów ton dwutlenku węgla (CO2) rocznie, co stanowi 51% globalnej emisji gazów cieplarnianych


  •   hodowla zwierząt jest odpowiedzialna za 65% emisji podtlenku azotu-gazu cieplarnianego 296 razy bardziej szkodliwego niż dwutlenek węgla (pozostającego w atmosferze przez 150 lat)


  •  żywy inwentarz zużywa od 128 do 287 bilionów litrów wody rocznie


  •  uprawa paszy dla zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych zużywa 56% wody rocznie


  •  do wyprodukowania jednego hamburgera potrzebne jest 2498 litrów wody


  • żywy inwentarz zajmuje 45% lądów


  • w USA co minutę zwierzęta hodowlane produkują 3 kg ekskrementów 


  • farma mleczna licząca 2500 krów produkuje tą samą ilość odchodów co miasto liczące 411,000 osób


  • 40% (28 miliardów kilogramów) złapanych na świecie w przeciągu roku ryb, zostaje wyrzucona


  •  hodowla zwierząt jest odpowiedzialna za zniszczenie 91% lasów Amazońskich


  • do nakarmienia osoby jedzącej mięso jest potrzebne 18 razy więcej ziemi, niż do wyżywienia osoby będącej na diecie wegańskiej 
 
  • osoba na diecie wegańskiej produkuje 50% mniej dwutlenku węgla od osoby spożywającej mięso, zużywa również 1/11 ropy, 1/3 wody oraz 1/18 ziemi mniej 
 
  •  będąc weganką/weganinem  oszczędzasz 4164 litry wody, 20 kg zbóż, 2,8m² lasów i 1 zwierze dziennie


piątek, 28 października 2016

Babeczki dyniowo-czekoladowe


Przyznam, że jak na kogoś kto postawił sobie za cel ograniczenie cukru, piekę zbyt wiele. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś kto pożre wszystko zanim zdążę  na dobre zabrać się za degustację tego co zrobiłam. Nie będę narzekać, dzięki temu czerpię radość z pieczenia i jednocześnie dotrzymuję sobie słowa. Zredukowanie cukru jest jedną z najrozsądniejszych rzeczy, które w ostatnim czasie uczyniłam. Dzięki temu, że nie napycham się słodyczami odzyskałam utraconą energię. Chyba powyższe zdanie nie zachęci nikogo do skorzystania z poniższego przepisu;) Zresztą przepis ten w formie ciasta i bez dodatku kakao wystąpił na tym blogu jakieś dwa lata temu i w okresie jesienno- zimowym jest najczęściej czytanym postem. Jak widać umieszczenie w tytule słowa ,,Jadłonomia" przyciąga czytelników;)
Lubię ,,przerabiać" ciasta i chlebki na niewielkie babeczki. Po pierwsze są urocze:) Po drugie wysyłają do naszej podświadomości sygnał, że zjedliśmy już jedną porcję. Z ciastami bywa różnie. Wielkość kawałka wypieku można dowolnie interpretować. No i niestety ciasto lubi samo się odkrawać (przynajmniej u mnie w domu). Za każdym razem gdy wchodzę do kuchni wypiek w formie ciasta zmienia kształt;) Oczywiście każdy z nas z okruszkami w kącikach ust stwierdza, że chyba mamy w domu gryzonie. Życie ciasta nie jest więc długie. Babeczki jakimś cudem  nieco je przedłużają.


Składniki:
  • 1 i 3/4 szklanki mąki
  • 3/4 szklanki cukru
  • łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia bez aluminium
  • 3/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • szczypta soli
  • 1 szklanka puree z dyni
  • 1/2 szklanki delikatnego oleju
  • 1/3 szklanki mleka roślinnego (u mnie domowe migdałowe)
  • łyżka kakao

Sposób wykonania: 
  1. Suche składnik (z pominięciem kakao) umieszczamy w dużej misce.
  2. Puree z dyni, olej i mleko roślinne mieszamy w mniejszym naczyniu.
  3. Mokre składniki wlewamy do suchych i dokładnie mieszamy.
  4. W formie na babeczki umieszczamy papierowe wkłady.
  5. 2/3 masy rozdzielamy pomiędzy 10 gniazd (heh podobno tak to się nazywa).
  6. Pozostałą część masy mieszamy z łyżką kakao (ewentualnie dodajemy łyżeczkę/łyżkę mleka roślinnego jeśli masa jest zbyt gęsta).
  7. Czekoladową masę ponownie rozdzielamy na 10 porcji.
  8. Babeczki pieczemy w temperaturze 175 stopni przez 30-35 minut.
 

środa, 26 października 2016

Nie bądź siatanistą


Przyznam, że w tematyce prawa dotyczącego używania jednorazowych plastikowych toreb, jestem pogubiona. Są sklepy, w których są one rozdawane za darmo w masowych ilościach i rzecz jasna rozchodzą się niczym świeże bułeczki. W innych wydzielane są niczym towar deficytowy. Są też miejsca, w których musimy za nie zapłacić (oczywiście jakieś marne grosze). Podobno w roku 2014 celem Komisji Europejskiej było zmniejszenie zużycia plastikowych toreb o 50%  do roku 2017, a do 2019 ich ilość miałaby spaść o 80%. Aby tak się stało kraje UE mają do wyboru zakaz, opłaty, albo jakieś inne twórcze metody, które pomogą osiągnąć ten cel. Czemu, żeby zrobić coś logicznego i przyjaznego dla środowiska oraz nas samych, musimy mieć nad sobą bat? Czemu pół wieku temu potrafiliśmy bez nich funkcjonować, a teraz wydaje nam się, że życie bez plastikowej siaty jest nie do ogarnięcia? Odpowiedź jest bolesna - jesteśmy leniwi albo bezmyślni, albo jedno i drugie (sorry not sorry). Używania plastikowych toreb nie można usprawiedliwiać wygodą czy zapominalstwem. Jednorazowe siaty wygodne nie są- nie można do nich wiele zmieścić, często pod wpływem ciężaru ulegają rozerwaniu. Wykręt pod postacią problemów z pamięcią- ujmę to tak- gdyby w sklepach nie było jednorazowej opcji, nikt nie cierpiałby na zaniki pamięci związane z przynoszeniem na zakupy własnej torby. Jeśli chodzi o aspekt estetyczny- plastikowa siata to po prostu KOSZMAR.
Posiadanie wyboru, albo ta śmieszna opłata sprawiają, że przeciętny Polak zużywa ponad 450 lekkich toreb plastikowych rocznie. Dla porównania przeciętny Duńczyk i Finlandczyk potrafi ograniczyć się do 4. Jeśli chodzi o światowe statystyki, to naszą planet zalewa bilion siat rocznie, czyli co minutę wyrzucamy 2 miliony jednorazowych toreb. Może nazwa Ziemia powinna zostać zastąpiona nazwą- Jednorazówka.
Myślimy, że jesteśmy lepsi od innych, bo segregujemy śmieci, ale prawda jest taka, że tylko 1% plastikowych toreb zostaje przetworzona. Reszta ląduje na wysypiskach albo zostaje spalona, obydwa te sposoby sprawiają, że toksyczne substancje przesączają się do ziemi, albo dostają się do atmosfery. Pamiętajmy też, że spora ilość siat, które przytargaliśmy ze sklepu stanie się ,,ozdobą'' krzewów i drzew, ,,zagości'' w naszych rzekach, morzach oraz oceanach. Znajdujące się pod ochroną żółwie skórzaste mylą plastikowe siatki z meduzami, którymi się żywią. Nietrudno się domyślić, że ta pomyłka bywa śmiertelna w skutkach. Zresztą nie tylko żółwie giną z powodu naszej bezmyślności. Wiele zagrożonych gatunków stworzeń morskich kończy swój żywot poprzez zaplątanie w plastikowe torby, bądź ich pomyłkową konsumpcję. Proponuję wpisanie hasła plastic and marine life do przeglądarki, a napotkacie zdjęcia, które z pewnością zadziałają na Waszą wyobraźnię. Na moją każdego dnia oddziałuje pobliska rzeka, którą płynie o wiele więcej niż woda, między innymi siaty i siateczki, które z lubością ,,osiedlają się" na jej brzegach. Uciekasz z miasta by być bliżej natury, a tu nagle okazuje się, że z przyrodę porosły śmieci...o czystości powietrze poza miastem może dzisiaj nie będę się wypowiadać, bo to temat brudniejszy niż pobliska rzeka.


Zresztą nie tylko nasz naród bezmyślnie niszczy to czym można by się cieszyć. Wystarczy spojrzeć na plaże w wielu europejskich krajach. Gości na nich zdecydowanie więcej śmieci niż turystów. Moje wspomnienia z tegorocznych wakacji to nie tylko piękna pogoda, szum morza i smak wina, ale też plaże przypominające wysypiska. Moja mózgownica jest zdecydowanie za mało pojemna by zrozumieć logikę wczasowicza pozostawiającego plastikowe ,,prezenty'' dla morza i przyszłego pokolenia.

 

Nie mówię, że całkowite wyeliminowanie plastiku w obecnych czasach jest proste. NIESTETY TAK NIE JEST. Producenci skutecznie utrudniają nam życie w tej dziedzinie, a nasze zamiłowanie do wygody i spełniania zachcianek też ową eliminację utrudnia. Od lat próbuję ,,rozwieść się" z plastikiem i nieustannie napotykam na swojej drodze trudności. Miewam problemy z zastąpieniem wielu podstawowych produktów tj. szampon do włosów, czy krem do twarzy. Choć odnośnie tego pierwszego świtają mi jakieś alternatywy, które niestety nie zawsze się sprawdzają. Stwierdziłam jednak, że dążenie do perfekcji i myślenie w kategoriach ,,wszystko albo nic" zniechęca mnie często do dalszych działań i generalnie przynosi odwrotny od zamierzonego skutek. Więc powtarzam sobie- PROGRES A NIE PERFEKCJA-to droga, którą powinnam kroczyć. Szukać nowych rozwiązać i robić ile mogę, zaakceptować fakt, iż na niektóre sprawy nie mam wpływu. Nie chcę, żeby frustracja prowadziła mnie do punktu wyjścia.



Ale wróćmy do walki z plastikowymi siatami, od której lata temu zaczęła się moja ekoprzygoda. Pożegnanie ze statystycznymi 450 jednorazówkami nie wymaga wiele wysiłku. Niemal każdy z nas posiada w domu jakiegoś rodzaju torby na zakupy, jeśli nie, to ich zakup nie jest w stanie zrujnować nawet najskromniejszego domowego budżetu. Ich dostępność również nie jest problemem. W każdym sklepie znajdziemy solidne torby na zakupy, wybierzmy taką, która jest dla nas najbardziej praktyczna. Ja uwielbiam te produkowane przez ikea, bo są niezwykle lekkie i można je złożyć w maluteńki kłębek, który zmieścimy wszędzie. Rossmann ma podobne torby w swojej ofercie. To rozwiązanie jest o tyle świetne, że po rozładowaniu zakupów, torbę można od razu złożyć i wrzucić do torebki, plecaka, bądź kieszeni. Tym samym wymówka związana z zapominalstwem przestaje być aktualna. 

Jeśli chodzi o plastikowe woreczki na drobne owoce, warzywa albo inne produkty sprzedawane na wagę znalazłam rozwiązanie na stronie amazon.com pod hasłem reusable produce bags. Znając naszą polską pomysłowość wyjść w tej sytuacji można zapewne znaleźć setki, niekoniecznie od razu trzeba robić zakupy na amazonie. Może i w tym wypadku znajdziemy coś w domu, może talent do szycia, którego niestety ja nie posiadam, sprawi że woreczki stworzymy sami. W najgorszym przypadku zawsze można używać plastikowych toreb do czasu aż nie ulegną całkowitemu zniszczeniu. Najważniejsze to zacząć działać.
Nie zapominajmy też, że nie wszystkie produkty wymagają kokonu z plastiku. Kiść bananów nie potrzebuje dodatkowego opakowania, 2 cytryny, 3 jabłka i masa innych rzeczy obejdzie się ,, sztucznego ubrania".