wtorek, 17 października 2017

Proste wegańskie ciasto bez glutenu

Chwilowo do ,,Nadwiślanego Królestwa Schabowego" zawitało indian summer, o istnieniu którego zaczynałam powoli zapominać. Pogodziłam się z tym, że lato kończy się dość gwałtownie, przechodząc w niekończący się okres szarości, chłodu i smrodu (witaj krakowski smogu:() Kiedy zgromadziłam już zapasy suplementów witaminy D i przeorganizowałam garderobę Matka Natura zaskoczyła mnie swoją niespodziewaną dobrocią. Co prawda w wydaniu-o poranku wczesna zima, w południe schyłek lata;) ale nie będę wybredna. W ojczystym klimacie zaakceptuję nawet konieczność diametralnej zmiany w okryciu wierzchnim w godzinach około-południowych i trwający kilka dni z rzędu ból głowy. Ścierpię wiele dla pseudolata;) Amerykańscy przyjaciele doceniajcie piękną jesień, pumpkin patches i względnie tanie pumpkin spice latte zanim dopadnie Was 3 metry śniegu, wind chill i -100 stopni;)
Nie wiem czy to bonusowe słoneczne promienie, czy duże dawki witaminy D, ale nawet spoceni, podpici panowie zaopatrujący się w przedpołudniowe piwo w moim lokalnym sklepie, nie są w stanie zepsuć mojego przeprogramowanego humoru. Z radością nabyłam gigantycznego obwarzanka i zamierzam popaść w glutenową comę. Racząc się tym pięknym i smacznym wypiekiem zachęcam do spróbowania prostego wegańskiego ciasta bez glutenu. Po przepis na domową mąkę bezglutenową, kilka słów na temat schorzeń glutenozależnych oraz owsa zapraszam na moją nową stronę KLIK.


Składniki:
  • 2 szklanki +1 łyżka mąki bezglutenowej
  • 1 szklanka mleka sojowego (albo innego roślinnego)
  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego albo kokosowego
  • 1/2 szklanki cukru
  • sok wyciśnięty z niewielkiej pomarańczy
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
  • garść bakali
Sposób wykonania:
  1. W dużej misce umieścić mąkę, proszek do pieczenia i cukier.
  2. Dodać mleko sojowe, sok z pomarańczy i olej. Dokładnie zamieszać lub zmiksować.
  3. Dodać skórkę z pomarańczy i bakalie, delikatnie wymieszać.
  4. Przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.
  5. Piec w temperaturze 175°C przez około 45-60 minut.

Odwiedź moją nową stronę  https://dietetycznarownowaga.com/

https://dietetycznarownowaga.com/

niedziela, 8 października 2017

Tofurnik dyniowy



Mieszkając w Stanach notorycznie ignorowałam dynię (tak samo jak masło orzechowe;)). Może dlatego, że jedno i drugie leżało w każdym sklepie w masowych ilościach w niedorzecznie niskiej cenie. Czyli kompozycja czynników obniżająca moje zainteresowanie;) Moje pożądanie wzbudzał jedynie syrop pumpkin spice dostępny sezonowo w Starbucks. Może właśnie dlatego, że był osiągalny przez krótki okres czasu, co za oceanem bywa zjawiskiem niespotykanym. W krainie dobrobytu możesz mieć wszystko o każdej porze dnia i nocy 365 dni w roku i możesz to mieć natychmiast. Ten konsumpcjonizm i zwariowane tempo życia często mnie irytowały, choć po powrocie do kraju zaczęłam tęsknić za łatwością i szybkością z jaką można załatwić wiele spraw. Przez długie miesiące postrzegałam Polskę niczym żółwia  z niedoczynnością tarczycy i totalnym brakiem zdolności organizacyjnych. W tym ojczystym chaosie, w spowolnionym rytmie minęło parę lat. Dziwnych i trudnych lat, z których jak na razie nie potrafię wyciągną logicznych wniosków. Jeszcze nie umiem ich przeanalizować, wtłoczyć w tabelkę excela i zgrabnie podsumować. Może któregoś dnia obudzę się ,,oświecona" i zrozumiem czemu chciałam tu wrócić, co dała mi lekcja pt. ,,Powrót do Polski". A może też chwilowo czuję się na miejscu, w ,,kraju w promocji" (kto czytał Karpowicza ten wie o co chodzi;), bo dynia na każdym kroku, masło orzechowe w lepszym asortymencie i cenie, a Starbucks wyrasta na każdym rogu, więc amerykański dom zawitał w polskie progi.
Miało być o dyni a skończyło się na postemigracyjnych rozważaniach bez składu i ładu. Pora więc powrócić do pomarańczowego warzywa, które jest moim ulubionym dodatkiem do jesiennych ciast. Tym razem w połączeniu z tofu i kaszą jaglaną, czyli deser zaczyna przypominać pełnowartościowy posiłek;) heh




Na mojej nowej stronie znajdziesz kolejny przepis na zdrowe słodkości z dodatkiem dyni
https://dietetycznarownowaga.com/2017/10/10/super-zdrowe-batoniki-dyniowe/



Składniki:
  • 2 kostki tofu naturalnego (2x 180g)
  • 1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1/4 szklanki syropu klonowego
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/2 szklanki puree z dyni
  • 2 i 1/2 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • ziarna z 1 laski wanilii
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • łyżeczka cynamonu
  • szklanka gęstego mleczka kokosowego z puszki
  • 1/3 szklanki soku z cytryn 


Sposób wykonania:

  1. Wszystkie składniki z wyjątkiem mleczka kokosowego i soku z cytryny umieścić w malakserze albo blenderze. Miksować do uzyskania gładkiej masy.
  2. Wlać mleczko oraz sok z cytryny i blendować przez kilka minut.
  3. Gotową masę wlać do niewielkiej tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
  4. Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 stopni. Piec ciasto w tej temperaturze przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 stopni i piec przez kolejne 45 minut.
  5. Wyłączyć piekarnik i pozostawić w nim tofurnik jeszcze przez 15 minut.
  6. Ciasto zostawiamy w formie na około 3 godziny.
  7. Podajemy z polewą czekoladową albo musem truskawkowym.
 * oryginalny przepis pochodzi z bloga jadlonomia.com


odwiedź moją nową stronę
https://dietetycznarownowaga.com/


https://dietetycznarownowaga.com/



wtorek, 26 września 2017

Klopsiki wegańskie z soczewicy


Moje życie roślinne zostało zaburzone przez ostanie miesiące z kilku powodów- między innymi-  złego samopoczucia, chęci eksperymentowania i ogólnego zamotania;)
Z racji zawodu i nieustannej chęci pogłębiania swojej wiedzy ,,przerzucam tony" literatury związanej ze zdrowym odżywianiem. Dochodzę do wniosku, że żyjemy w trudnych dla wyciągania logicznych wniosków czasach. Jesteśmy zalewani przez morze sprzecznych informacji, co nie sprzyja dobremu samopoczuciu zarówno fizycznemu, jak i psychicznemu;) Dodatkowo gubi nas dostęp do internetu i kolorowych gazetek pełnych artykułów i wywiadów z ekspertami. Wujek Google sprawił, że wiemy wszystko z absolutną pewnością w przeciągu 5 minut. Ja tymczasem im więcej czytam, tym mniej wiem;) i zdecydowanie mniej dogmatycznie podchodzę do spraw diety.   
Tak czy inaczej faza eksperymentalna zakończona, czuję że chcę na dobre powrócić do królestwa roślin. Wiem jednak, że muszę z większą starannością komponować swój jadłospis...heh...czasem bywam jak ten szewc, który chodzi w dziurawych butach. Zdarza się też, że wpadam w typowo kobiecą pułapkę- zaspokajania potrzeb innych przed własnymi. Tak więc pora na większą dawkę egoizmu i lepiej zbilansowane posiłki :) 

Składniki:

  •          szklanka suchej zielonej soczewicy
  •          łodyga selera naciowego
  •          1 cebula
  •          ząbek czosnku
  •          łyżka siemienia lnianego
  •          2 łyżki mąki z ciecierzycy
  •          łyżeczka kuminu
  •         szczypta gałki muszkatołowej
  •          szczypta kardamonu
  •          ½ łyżeczki słodkiej papryki
  •          sól
  •          pieprz
  •          łyżka oleju 
 
Sposób wykonania:

  1.  Soczewice płuczemy i gotujemy do miękkości (około 40 minut).
  2.  Cebulę, czosnek i seler naciowy kroimy na drobne kawałki. Podsmażamy około 5 minut na łyżce oleju.
  3. Soczewicę, podsmażone warzywa oraz resztę składników umieszczamy w malakserze i łączymy za pomocą funkcji pulsacyjnej.
  4. Z powstałej masy formujemy kulki dowolnej wielkości i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  5. Pieczemy przez 30-40 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni (czas pieczenia dostosowujemy do wielkości kulek. 

Odwiedź moją nową stronę
 https://dietetycznarownowaga.com/



https://dietetycznarownowaga.com/

 

czwartek, 17 sierpnia 2017

Curry z batatem


Choć i tak nikt nie czyta wstępów, przydługawy akapit bez związku z poniższym przepisem-powstanie. Grafomania, to mój sposób radzenia sobie ze stresem, podobną funkcję spełnia w moim przypadku bieganie. A że powłóczenie nogami chwilowo porzuciłam z powodu ogólnego zmaltretowania różnych części ciała aktywnością fizyczną oraz:
a) braku zapędów samobójczych, które są konieczne do uprawiania joggingu na pobliskiej drodze,
b) niechęci do komunikacji miejskiej, która przypomina mobilną pijalnię piwa,
c) amnezji dotyczącej posiadania prawa jazdy i przekazania samochodu w ręce współmałżonka,
stukam w klawiaturę.
 A stresu w moim bezstresowym życiu jest ostatnio zadziwiająco wiele. Chyba ma on związek z wyczerpaniem szczątkowych zasobów optymizmu przywiezionego z odległego kraju. Wiadomo, ludzie mieszkający w Stanach są naiwni, więc i ja infantylnie sądziłam, że Polska jest fajna, odmieniona i że z pewną dozą wysiłku zapewne ułożę sobie tutaj życie. Okazuje się jednak, że nadwiślana ojczyzna, to jednak puzzle nie na moim poziomie. Zbyt trudne, chaotyczne, nielogiczne i do tego mało estetyczne. Tracę wiarę, że kiedykolwiek do nich dorosnę. Łapię się na tym, że zazdroszczę osobą, które nigdy nie zmieniały kraju zamieszkania. Wiedzą jak nawigować w tym niedorzecznym labiryncie zwanym Polską. 
Przez ostatnie kilka tygodni próbowałam wprowadzać w swoje życie drobne zmiany. Jedną z nich była codzienna poranna medytacja, która uświadomiła mi, że małpi umysł trzeba trenować nieustannie. Porzucenie bezczynnego siedzenia na rzecz półlitrowego kubka kawy wypijanego w towarzystwie mediów społecznościowych kończy się natychmiastowym zjazdem po równi pochyłej. Te kilkanaście minut w bezruchu potrafi też w jakiś dziwny sposób wypiętrzyć zatapiane problemy. Powoduje konfrontacje, której próbowaliśmy uniknąć. A przecież obiecywali mi relaks;) heh
Te drobne ,,przemeblowania" w codziennej rutynie dotyczyły też używania telefonu. Czyli próbowałam przywrócić mu jego pierwotną funkcję. Jeśli ktoś nie pamięta do czego niegdyś służył telefon- przypomnę- rozmawianie. Przez te kilka tygodni uświadomiłam sobie, że to bardzo archaiczne zastosowanie. Telefonu do rozmowy używają jedynie starsze panie, ewentualnie mąż z komunikatem typu ,,będę za godzinę". No cóż, milowymi krokami zmierzam ku czterdziestce, więc nie chcąc się nadmiernie postarzać, wróciłam w iŚwiat ikonek, emoji i komunikatów przypominających alfabet morsa. Odkryłam również, że na Insta bez zmian, wszyscy są młodzi, piękni, uśmiechnięci i przebywają na wiecznych wakacjach #lifeporn.
Uf...pora powrócić do jedzenia. Przepis wygrzebany z wersji roboczy, choć pojawia się w rozmaitych wersjach na moim stole z irytującą wręcz częstotliwością. Można do niego dodać dowolne warzywa i generalnie co się komu podoba, w zależności od tego jakie mamy przekonania, co nam służy i... jakich hashtag'ów używamy;) Na temat jedzenia tyle, bo doradzaniem w tej kwestii jestem chwilowo zmęczona;)


Składniki:
  • 2 łyżki oleju kokosowego 
  • kawałek (około 2 cm) utartego korzenia imbiru
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 średni batat 
  • słoiczek przecieru pomidorowego (200g)
  • 2 łyżki wegańskiej pasty czerwone curry
  • 3 szklanki wywaru z warzyw
  • 2/3 szklanki czerwonej soczewicy 
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • kilka łyżek mleka kokosowego 
  • sól
Do podania:
  • ryż
  • czerwona cebula
  • pietruszka lub kolendra
 
Sposób wykonania:
  1. Soczewice płuczemy i odstawiamy.
  2. Na patelni albo w szerokim garnku rozgrzewamy olej kokosowy. Dodajemy czosnek, korzeń imbiru i batata. Podsmażamy przez 2 minuty.
  3. Dodajemy pastę curry i podsmażamy przez kolejne 2 minuty, często mieszając.
  4. Dodajemy przecier pomidorowy, wywar z warzyw, soczewicę, sól i kurkumę. Dokładnie mieszamy i gotujemy na wolnym ogniu przez około 20-30 minut.
  5. Pod koniec gotowania wlewamy mleko kokosowe i łączymy wszystkie składniki.
  6. Podajemy z ryżem.


piątek, 4 sierpnia 2017

Wegańskie snickersy i insta-detoks

Odzwyczaiłam się od pisania, od odwiedzania tej strony. Zrobiłam sobie blogowy detoks. Instagramowy zresztą też. Od miesiąca nie ,,podglądam" innych i nie ,,kreuję" swojego insta-wizerunku. Zmęczył mnie ten perfekcyjny świat mediów społecznościowych, w którym każdy post jest piękny i radosny. Nie chcę negować Instagramu, bo bardzo go lubię, ale uważam, że czasem każdemu z nas jest potrzebna przerwa od wirtualnego życia, mała inwentaryzacja i autoanaliza naszych zachowań związanych z social media. Myślę, że wiele z nas nie zauważa, albo nie chce przyznać się do tego ile czasu marnuje na bezmyślne patrzenie w ekran telefonu. Unikamy  nudy, dyskomfortu, rzeczywistości. Uciekamy od bycia z własnymi myślami, rozterkami, lękami w świat lajków. Inną sprawą, jest fakt nieustannego porównywania się do innych. Pewnie niektórzy z nas uważają, że ich to nie dotyczy, ale chyba nie ma w świecie mediów społecznościowych osoby, która nie odczuwa ciągłego ukłucia zazdrości. Bo koleżanka na plaży, kolega w ekskluzywnej restauracji, przypadkowa osoba wygląda jak modelka, albo modelka wygląda...jak modelka. Widzimy fasadę, pozę, jedną stronę i zastanawiamy się czemu nasze życie tak nie wygląda. Odpowiedź brzmi- niczyje życie tak nie wygląda.
Moje wylogowanie się z wirtualnej rzeczywistości sprawiło, że przez 35 dni z rzędu zaczynałam każdy dzień od medytacji. Wreszcie dotarło do mnie, że medytacja nie jest ucieczką od myśli i problemów. Że te myśli będą się pojawiać niemal zawsze, tak jak problemy w naszym życiu. Raz będą mnie, raz bardziej natarczywe i chodzi o to, żeby z nimi nie walczyć, tylko je obserwować. Medytacja nie sprawi, że nasze życie stanie się radosne i wolne od bólu codzienności. Co więcej, czasem z większą świadomością i intensywnością dojrzymy to, co dzieje się w nas i wokół nas. Ale z drugiej strony uświadomi nam, że dyskomfort, złość, smutek są tymczasowe. Nauczy nas nie skupiać się na tych uczuciach, tylko przyglądać się im. 
Dla mnie jest to ogromna lekcja, którą muszę odrabiać każdego dnia. Jako była emigrantka mam nieustaną chęć walki z rzeczywistością. Życie codzienne w Polsce sprawia często, że mam ochotę krzyczeć i uciekać z powrotem tam skąd przyjechałam. Uczę się więc obserwować swoją wściekłość i frustrację. Oswajam się też z myślą, że może kolejny raz trzeba będzie wywrócić życie do góry nogami i nie postrzegać tego w kategorii porażki czy kary. 

A dzisiejszy przepis, to zdrowa wersja snickersów. W te upalne dni, to doskonała alternatywa dla deserów, które wymagają pieczenia. 




Składniki:  (10 porcji):

  •     szklanka płatków owsianych
  •     3 łyżki masła orzechowego
  •     3 miękkie daktyle
  •     kilka łyżek mleka roślinnego
  •     szklanka miękkich daktyli
  •     garść orzechów ziemnych
  •     ¾  tabliczki czekolady
  •     łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie)

Sposób wykonania:

  1. Płatki owsiane umieszczamy w malakserze i miksujemy przez 1-2  minuty. Dodajemy masło orzechowe i daktyle. Ponownie miksujemy. 
  2. Jeśli masa nie chce się połączyć dodajemy stopniowo niewielką ilość mleka roślinnego. 
  3. Brytfankę wykładamy papierem do pieczenia. Umieszczamy w niej masę i dociskamy palcami tak by miała równą powierzchnię. 
  4. W malakserze umieszczamy daktyle (jeśli nie używasz miękkich daktyli, musisz je wcześniej namoczyć) i blendujemy do uzyskania jednolitej, gładkiej masy.  Jeśli masa jest zbyt gęsta, możemy dodać nieco mleka roślinnego, albo masła orzechowego. 
  5. Daktylową masę wylewamy na owsianą bazę. 
  6. Na zblendowanych daktylach układamy orzeszki ziemne, delikatnie je dociskając.
  7. Całość polewamy czekoladą rozpuszczoną w kąpieli wodnej.  Do czekolady możemy dodać łyżkę oleju kokosowego, jeśli chcemy by polewa nie była zbyt twarda. 
  8. Umieszczamy w lodówce. 
  9. Gdy czekolada zastygnie, kroimy snickersy na niewielkie kawałki. 



Energia: 194,4kcal
Białko: 3,3g
Tłuszcz:  9,7g
Węglowodany: 93,1g