środa, 20 lipca 2016

Bardzo czekoladowe wegańskie brownies


Jakoś nie mogę wystartować z moim cukrowym detoksem, choć miałam ambitne plany porzucenia wszystkiego w czym znajduje się ta uzależniająca mnie substancja. Intelektualnie posiadam dość obszerną wiedzę na temat negatywnych skutków ubocznych konsumpcji słodyczy. Jednakże emocjonalnie bywam wobec cukru bezradna. Ta niekoniecznie biała substancja bywa moim pocieszycielem, dostarczycielem energii, nagrodą. Potrafi zastąpić wiele brakujących w moim życiu ogniw...ale czy na pewno? Ta żywotność, radość i gratyfikacja po spożyciu słodyczy są tymczasowe i pozorne. Dają chwilową i sztuczną radość, która przeradza się w zmęczenie i niezadowolenie. Pomimo całej mojej wiedzy nadal daję się złapać w słodką pułapkę. What to do? What to do? 
Chciałabym znać niezawodny sposób radzenia sobie z tym problemem. Może potrzebuję postępować jak osoba uzależniona, czyli ograniczyć kontakt z cukrem do zera, co będzie bardzo trudne zważywszy na to, że dzielę życie z osobnikiem, który domaga się deserów dwa razy dziennie i nie widzi w swoim zachowaniu najmniejszego problemu. 
Wiem, że umieszczanie przepisu na dekadenckie brownies pod tekstem negującym spożycie cukru jest delikatnie rzecz ujmując-absurdalne...no cóż musicie mi wybaczyć. Mam na imię Joanna i jestem cukroholikiem.
Znam osoby, które po prostu potrafią sobie powiedzieć ,,nie" i tym jednym słowem eliminują słodycze ze swojej diety. Ja rano mówię sobie nie, po czym wieczorem piekę chocolate chip cookies, bo przecież trzeba czymś ugościć pojawiających się u nas ludzi...i tym sposobem połowa z nich staje się moim pierwszym i drugim śniadaniem.
Od kilku lat śledzę bloga masteringmymidlife, którego autorka boryka się z tym samym problemem. Przyznam, że jej szczere podejście do tematu i opisywanie swojej walki z konsumpcją cukru, jest dla mnie wielkim pocieszeniem- nie jestem sama. Co więcej na horyzoncie jest nadzieja, bo Shannon świętowała niedawno 105 dni wolnych od uzależniającej ją substancji.
Przepisem na bardzo czekoladowe brownies mam nadzieję, na jakiś czas zakończyć serię ,,słodkich postów". Będzie więcej ,,normalnych potraw" oraz przemyślenia na temat biegania oraz ekologii, bo to moje odwieczne pasje, o których zamierzałam pisać już od dawna, ale jakoś słodycze zawsze stawały na drodze;)



Składniki:

  • szklanka mąki
  • 2 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1/3 szklaki płynnego oleju kokosowego 
  • tabliczka czekolady (100g)
  • 1 szklanka cukru 
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego
  • szczypta sody oczyszczonej
  • szczypta soli

Sposób wykonania:

  1. W dużej misce łączymy mąkę, skrobię ziemniaczaną, kakao, sodę i sól.
  2. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Po jej rozpuszczeniu dodajemy olej kokosowy i cukier. Podgrzewamy przez minutę. 
  3. Po zdjęciu z ognia dodajemy mleko roślinne i dokładnie mieszamy.
  4. Czekoladową mieszankę wlewamy do mąki i mieszamy.
  5. Ciasto przekładamy do formy (13x22cm) wyłożonej papierem do pieczenia i wygładzamy za pomocą łyżki. Posypujemy pokruszoną gorzką czekoladą albo kropelkami czekoladowymi. 
  6. Pieczemy przez około 35 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.

sobota, 16 lipca 2016

Dlaczego kocham biegać pomimo braku sukcesów w tej dziedzinie?

 
Na wstępie zaznaczam, że nie jestem sportowcem, panią od fitnessu, nie brałam udziału w maratonie...ani nawet jego połowie. Nie jestem ekspertem, jestem amatorem-prawdopodobnie w każdym znaczeniu tego słowa;) Pomimo, że bywam miernym biegaczem, który nie bije rekordów, a raczej powłóczy nogami- kocham ten mój brak profesjonalizmu i żółwie tempo. I choć od lat mój dystans i tempo pozostają na podobnym poziomie, a moją jedyną aspiracją jest radość płynąca z tej prostej czynności postanowiłam zabrać głos na temat biegania, bo mam prawo i ochotę;)  
Historia mojego biegania rozpoczęła się na emigracji, czyli jakieś 13 lat temu i w tym przypadku nie jest to pechowa liczba. Nie wiem dlaczego w Polsce nigdy nie biegałam? Może dlatego, że mój czas pochłaniała joga i kolekcjonowanie siniaków na zajęciach karate. Zresztą lata temu w ojczyźnie chyba nie biegało się dla przyjemności, biegali spóźnieni na autobus, albo ci których ktoś gonił. Biegający bez celu obywatel był zwykłym oszołomem. 
Kiedy znalazłam się w obcym kraju, w całkowicie nowym otoczeniu, z niewielkimi dochodami i dniami wypełnionymi pracą, najprostszym rozwiązaniem na wszelkie problemy związane z oddaleniem od domu o 7621 km okazało się bieganie. Było darmowe, nie wymagało żadnego sprzętu i redukowało stres, którego w początkowej fazie emigracji jest naprawdę wiele. Po pewnym czasie uzależniłam się od czynności pochłaniającej negatywne emocje i wypełniającej mózg endorfinami. Euforia biegacza, to nie ściema, to fascynujące uczucie, którego może doświadczyć każdy kto zechce pokonać początkowy dyskomfort. 
Generalnie moje bieganie jest jedynie pogonią za tym pozytywnym zjawiskiem. Nigdy nie miałam jakiś przesadnych planów związanych z tym sportem. Zresztą przejawy nadmiernej ambicji szybko studziły moje liczne kontuzje, niekoniecznie wynikające z pokonywania kolejnych mil. Była przebita żyła w nodze, czego powodem był upadek na hamulec ręczny roweru, urazy kręgosłupa wywołane podnoszeniem ciężkich przedmiotów, bądź próbą zrobienia z siebie precla na zajęciach jogi. Zdarzały się też problemy wynikające z przetrenowania, bądź chwilowej fascynacji niewłaściwym dla mnie obuwiem.
Pomimo całej mojej miłości do stawiania jednej stopy przed drugą w przyspieszonym tempie, nadal mam ambiwalentny stosunek do brania udziału w jakichkolwiek zorganizowanych imprezach biegowych. Głównie z powodów ekologicznych, ale to moje prywatne ,,zboczenie" i w żadnym wypadku nie neguję tego rodzaju wydarzeń, ani osób biorących w nich udział. Rozumiem, że niektórzy potrzebują jakiegoś celu, motywacji, uhonorowania swojej ciężkiej pracy, albo zwyczajnie lubią biegać w tłumie. No cóż, może jestem pozbawionym ambicji odludkiem, który w bieganiu szuka jedynie relaksu, odosobnienia, dla którego aspekt medytacyjny jest ważniejszy od prędkości, dystansy, czy medalu. No i te tony wygenerowanych po drodze śmieci totalnie mnie zniechęcają.
Może ów brak pragnienia odniesienia sukcesu w tej dziedzinie sprawił, że zjawisko wypalenia, czy zmęczenia bieganiem nigdy mnie nie dotknęło. Nie chcę by to co uwielbiam stało się dla mnie przymusem, czy problemem, bo bieganie ma być sposobem radzenia sobie z trudnościami i napięciem. Chcę, żeby pozostało czynnością, dla której potrafię z uśmiechem na twarzy wstawać o 6 rano. Chociaż zdarzają się dni, w które odczuwam wewnętrzny bunt przed wyjściem z domu, po prostu nie chce mi się wiązać butów i przełamywać własnych słabości. Czasem pojawiają się chwile w których trzeba przez pierwsze pół godziny zaciskać zęby, bo ciało jest tylko ciałem, albo psychika szwankuje, bądź pogoda jest do bani i trzeba na to post-biegowe  szczęście ciężej zaparować. Ale po tysiącach pokonanych kilometrów zdecydowanie bardziej boli czas, który zmusza do odłożenia butów w kąt, kiedy choroba, uraz, bądź inna sytuacja życiowa wymaga bezruchu. Każdy kto pokochał bieganie wie jak wyczerpujący potrafi być odpoczynek. 


                                           BIEGANIE W PIGUŁCE 💊

                                          PTL (PROSTY I TANI LEK)
  • bieganie jest proste- zakładasz buty i wychodzisz z domu
  • bieganie jest tanie- potrzebujesz jedynie przyzwoitych butów (i nie musi to być najnowszy model Nike'ów); dres
    albo spodenki zapewne znajdziesz w domu, podkoszulek również; paniom przyda się sportowy stanik- hello grawitacja
  • bieganie jest lekarstwem- na stres, zły humor, a nawet depresję- zanim wybierzesz się do apteki albo lekarza, daj szansę swoim nogom
                                          EXCUSE YOUR EXCUSES 

  • pogoda- nie ma złej pogody do biegania, są jedynie złe ubrania
  • lokalizacja-każdą lokalizację można zmienić za pomocą  spaceru, autobusu albo samochodu (mieszkam
    w okolicy bez chodników i pobocza... i jakoś sobie radzę)
  • pieniądze- patrz bieganie jest tanie-jeśli uważasz, że nie stać cię na buty do biegania, polecam lekturę ,,Urodzonych biegaczy". Cała reszta ubioru, to sprawa jeszcze mniej istotna. Bieganie nie jest pokazem mody. Zegarki i inne gadżety zostaw sobie na później, albo w ogóle o nich zapomnij. Jeśli masz smartphon'a, to sprawa wszelkiego rodzaju pomiarów i muzyki-jest załatwiona. 
Podsumowując i kolokwialnie rzecz ujmując - zamknij się i biegaj-to nie tylko moja rada, to również tytuł nowej książki Robina Arzón, ale o niej może innym razem.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Buraczane babeczki z kokosową śmietanką


Jakoś ostatnio nieustannie coś wkładam albo wyjmuje z piekarnika, pomimo że lato w pełni i generalnie słodycze powinnam zastąpić świeżymi owocami i lodami z bananów. Dlatego w moich planach na najbliższą przyszłość cukrowy detoks zajmuje miejsce priorytetowe.  Cukier to niestety w moim przypadku narkotyk (myślę, że nie jestem z tym problemem osamotniona), który choć wywołuje chwilową euforię i ,,dodaje mi skrzydeł", to jednak po chwilowej dawce energii i zadowolenia pogarsza moje ogólne samopoczucie. Często oszukuję samą siebie tłumacząc sobie, że przecież słodkości, które piekę są zdrowe. Ok, nie używam odzwierzęcych produktów, biały cukier zastępuję nierafinowanym albo syropem klonowym, staram się także kombinować z bezglutenowymi mąkami. W deserach próbuję przemycać warzywa (dowód tego rodzaju praktyk znajdziecie poniżej), a jednak mam ochotę choć na jakiś czas ,,rozwieść się" ze słodyczami. Nie zasypiać z myślą o porannej kawie z chocolate chip cookies i nie budzić się we mgle zmęczenia, przez którą przedzieram się za pomocą kofeiny i cukru. Oj, będzie ciężko. Tym ciężej, że osobnik z którym dzielę życie lubi zaczynać dzień w podobny sposób i na widok samotnej kawy pyta zdziwiony ,,a gdzie ciastko?" 
Moim pierwszym krokiem na cukrowym odwyku jest rezygnacja z alkoholu, który przez ostatnie półtorej miesiąca stał się niemal członkiem rodziny. Lato obudziło uśpione życie towarzyskie, które zachęca do sięgania po sfermentowane napoje (i niestety nie jest to kokosowy kefir ani kombucha). Po kilkugodzinnym koszeniu trawy, albo całodziennej górskiej wyprawie nic nie smakuje tak dobrze jak zimne piwo. No cóż, trzeba być twardym i znaleźć dla tego rodzaju umilaczy bezalkoholową alternatywę. 
Mam za sobą pierwsze kilka dni, które obfitowały w bóle głowy i zmęczenie, ale czuje że zmierzam we właściwym kierunku. Kolejnym krokiem będzie poranna kawa w towarzystwie wody z cytryną 😱, nałożenie kłódki na piekarnik;), omijanie w sklepach regałów z czekoladą oraz zakaz lektury bloga oh,Ladycakes. 
Nawet nie wiem czemu czuję taką pewność odnośnie realizacji projektu ,,embargo na cukier"? To chyba ,,sugar high" po konsumpcji dekadenckich brownies z potrójną dawką czekolady,  sprawia że każda idea przez chwilę wydaje mi się możliwa do zrealizowania.
Ostatnią rzeczą na drodze do wolności od słodyczy jest archiwizacja przepisów zawierających cukier. Wdrażam zasadę- co z oczu, to z serca.. i talerza. Patrzenie  na muffinki z obłędną śmietanką kokosową pozostawiam innym. Tym którzy nie potrzebują cukrowego odwyku zachęcam do pójścia dalej, czyli ich upieczenia i konsumpcji- naprawdę warto.


Składniki:
  • 3/4 szklanki puree z buraka (około 1 średni burak ugotowany i zblendowany z 2 łyżkami wody albo utarty na tarle z drobnymi oczkami)
  • 1 i 1/4 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka kakao
  • szczypta soli
  • 1/3 szklanki płynnego oleju kokosowego
  • 2 łyżki octu jabłkowego
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (najlepiej domowego)
  • puszka mleka kokosowego
  • 2 łyżki cukru pudru
 
Sposób wykonania:

  1. Mleko kokosowe schładzamy przez co najmniej 8h.
  2. Puree z buraka mieszamy z olejem kokosowym, octem jabłkowym i ekstraktem waniliowym. 
  3. W osobnej misce umieszczamy mąkę z cukrem, proszkiem do pieczenia, kakao i solą.
  4. Do suchych składników dodajemy mokre i dokładnie mieszamy.
  5. W formie na muffiny umieszczamy 6 papierowych wkładów, rozkładamy równomiernie masę.
  6. Pieczemy w temperaturze 180°C przez 25 minut.
  7. Stałą część schłodzonego mleczka kokosowego przekładamy do miski i dodajemy 2 łyżki cukru pudru.
  8. Ubijamy przez kilka minut za pomocą miksera ręcznego.
  9. Śmietankę nakładamy na całkowicie wystudzone muffiny za pomocą rękawa cukierniczego.

sobota, 2 lipca 2016

Tropikalne kulki energetyczne


Kolejny dzień, który zniechęca do włączania piekarnika, dlatego weekendowe wypieki zastępuję dzisiaj witariańskim deserem, który nie wymaga ekstremalnych temperatur, ani wiele pracy. Choć do jego przygotowania potrzebne jest suszone mango, które niestety nie jest dostępne w każdym sklepie (ale jakiś czas temu pojawiło się w Rossmannie i to na dodatek w promocyjnej cenie:)) oraz malaksera, który w moim domu jest najciężej pracującym kuchennym sprzętem. Lata harówki uczyniły z niego niezbyt ,,przystojnego" robota. Jest szczerbaty i popękany, w przycisku ON zaczyna pojawiać się dziura, a jego zamknięcie wymaga użycia noża. Chyba powinien przejść na zasłużoną emeryturę,  a ja z uporem maniaka nakładam na niego kolejne obowiązki. No cóż, dopóki radzi sobie z mrożonymi bananami i produkuje takie ,,zjawiska" jak dzisiejsze tropikalne kuleczki, nie zamierzam się z nim rozstawać. Ok, pora na przepis znaleziony na blogu minimalistbaker.com, z którego nieustannie czerpię pomysły na słodkości. Robiąc kulki pominęłam nasiona konopi, ale nie sądzę aby ich brak wpłynął w znaczący sposób na ich smak.

Składniki:
  • 150g (1 i 1/4 szklanki) nerkowców 
  • 140g suszonego mango 
  • 10 daktyli medjool
  • 1/3 szklanki wiórków kokosowych
 
Sposób wykonania:

  1. Orzechy prażymy przez kilka minut na suchej patelni albo w piekarniku rozgrzanym do 175 °C.
  2. W międzyczasie zalewamy mango ciepłą wodą i moczymy je przez około 5 minut. Odcedzamy i suszymy za pomocą papierowego ręcznika. 
  3. Uprażone orzechy umieszczamy w malakserze i miksujemy do uzyskania mącznej konsystencji. Przekładamy do osobnego naczynia.
  4. Do malaksera dodajemy mango i daktyle. Miksujemy aż powstanie w miarę gładka masa.
  5. Dodajemy orzechy oraz wiórki kokosowe i blendujemy do czasu aż składniki połączą się w zwartą kulę. (jeśli masa jest zbyt sucha możemy dodać więcej daktyli, jeśli zbyt mokra dodajemy wiórki kokosowe)
  6. Z ciasta formujemy kuleczki dowolnej wielkości i otaczamy je w wiórkach kokosowych.




wtorek, 28 czerwca 2016

Chleb z kaszy gryczanej w nowej wersji



Jakiś czas temu panowała moda na chleb odmieniający życie. Doczekał się on wielu fanów, którzy z zapałem tworzyli wariacje na jego ,,ziarnisty temat''. W chwili obecnej furorę robi chleb z kaszy gryczanej. I w tym przypadku zaczynają powstawać wciąż nowe jego wersje. Przyznam, że i ja poddałam się gryczanemu trendowi, choć generalnie w życiu unikam tego co modne i za czym podążają inni. Jak widać dla skromnej kaszy potrafię uczynić wyjątek.  
Choć gryczany chlebek w nowej odsłonie przestał być jednoskładnikowym wypiekiem, to przyznam że wolę go pod tą postacią. W dużej mierze ze względu na czas, gdyż w tym przypadku namaczanie kaszy zostało skrócone na dwóch godzin, a pomimo, iż lista składników uległa wydłużeniu, to dzięki kilku dodatkom chleb ma zdecydowanie lepszy smak, niż jego pierwotna wersja. 
Choć pieczenie chleba nie jest najlepszym pomysłem w środku lata, to jednak nasz dziwaczny, zaskakujący mnie na każdym kroku kraj, funduje nam czasem dni, które idealnie nadają się do tego typu rozrywek. Przyznam, że czasem lubię te niespodziewane przerywniki pod postacią chłodnych letnich dni, które zmuszają nas do ubrania jeansów i swetra. Dzięki nim mogę biegać dłużej niż przewiduje ,,letnia norma" i relaksować się w towarzystwie piekarnika. I choć często tęsknię za odurzającym chicagowskim latem, jeziorem Michigan, które wygląda jak morze, to jednak próbuję szukać pozytywów w ten naszej polskiej pochmurnej rzeczywistości ubogiej w spektakularne zbiorniki wodne. 

Składniki:

  • 1 i 3/4 szklanki niepalonej kaszy gryczanej
  • 2 łyżki babki płesznik
  • 2 łyżki nasion chia
  • 1 szklanka wody
  • 3 łyżki oleju
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • garść pestek słonecznika, pestek dyni, albo nasion sezamu


Sposób wykonania:

  1. Kaszę namaczamy przez co najmniej dwie godziny (ale pilnujemy by nie moczyć jej dłużej niż 8h).
  2. Namoczoną kaszę dokładnie płuczemy.
  3. Nasiona chia oraz babkę płesznik zalewamy szklanką wody i pozostawiamy na 10 minut.
  4. Wszystkie składniki (z wyjątkiem pestek słonecznika, dyni i nasion sezamu) umieszczamy w malakserze. Miksujemy do uzyskania gładkiej masy.
  5. Wsypujemy pozostałe pestki bądź nasiona i łączymy za pomocą funkcji pulsacyjnej.
  6. Masę przelewamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia, wygładzamy i posypujemy wybranymi nasionami. 
  7. Pieczemy przez 90 minut w piekarnik nagrzanym do 160°C.
  8. Po upieczeniu chleb pozostawiamy przez kilka minut w formie. Przed  pokrojeniem czekamy aż całkowicie wystygnie. 
  9. Chleb przechowujemy w lodówce prze około tydzień, albo zamrażamy pokrojony na kromki.

Odwiedź moją nową stronę www.dietetycznarownowaga.com
 

Konsultacje dietetyczne:
  • stacjonarne                   
  • mobilne
  • on-line 
 Jadłospisy 7 i 14-dniowe

Porady

Przepisy



niedziela, 26 czerwca 2016

Sałatka z młodych ziemniaków i szparagów



Zanim szparagi znikną ze sklepów i każą nam czekać na swoje smakowite łodygi niemal rok, warto przyrządzić z nich ziemniaczaną sałatkę, którą odkryłam na blogu deliciouslyella.com .
Jest prosta, pożywna, a jej przyrządzenie nie zabiera dużo czasu. Czyli wszystko co lubię połączone w pyszną całość. 
Oczywiście jakiś czas temu nabyłam książkę autorki wyżej wymienionego bloga - ,,Smakowita Ella", bo zapisane kartki papieru, to moja jedyna słabość jeśli chodzi o zakupy. Koło sklepów z ciuchami przechodzę bez wzruszenia, księgarnie natomiast wywołują u mnie kompulsywne odruchy. Pewnie kolejnym razem pojawi się przepis z tej ślicznie wydanej książki, może parę słów na jej temat. Choć wegańscy blogerzy powiedzieli na jej tema już niemal wszystko, ja jak zwykle bywam nieco spóźniona;) 


Składniki: 
  • 0,5 kg młodych ziemniaków
  • 3 zielone cebulki
  • 1 łyżka oliwy
  • 100g szparagów
  • szczypiorek
  • sok z połowy cytryny lub limetki
  • 1 awokado
  • sól i pieprz
 
Sposób wykonania:

  1.  Ziemniaki gotujemy do miękkości (około 15-20 minut).
  2. Szparagom odcinamy twarde końce i kroimy je na kawałki.
  3. Kiedy ziemniaki będą miękkie, wrzucamy do nich pocięte szparagi i gotujemy razem przez 1 minutę. Odcedzamy i studzimy.
  4. Zieloną cebulkę i szczypiorek kroimy na drobne kawałki.
  5. Miąższ z awokado umieszczamy w malakserze, dodajemy sok z cytryny, oliwę i sporą ilość soli oraz pieprzu. Blendujemy do uzyskania gładkiej masy. Na koniec dodajemy zieloną cebulkę i szczypiorek. Łączymy składniki przyciskając kilka razy funkcję pulsacyjną.
  6. Wystudzone ziemniaki i szparagi polewamy sosem z awokado. Delikatnie mieszamy. Dekorujemy zieloną cebulką i szczypiorkiem.

sobota, 25 czerwca 2016

Deser bananowo-kokosowy


Jest weekend, piękna pogoda, współspacz u mojego boku. A jednak to jeden z tych dni, kiedy do przejrzenia na oczy potrzebuję trzech kaw, we wszystkim widzę jakiś defekt, a próba upieczenia nieskomplikowanych ciastek kończy się stosem brudnych garów, bluzgiem na ustach i chęcią zrobienia sobie drinka w porze drugiego śniadania. Pozostawiona z kulinarnym wytworem o wątpliwym smaku i kształcie, doszłam do wniosku, że może nadszedł czas na zerwanie z kuchennymi robotami  i ograniczenie związku z piekarnikiem do pozbawionego słodyczy romansu. 
Wczorajsza długa przerwa w dostawie prądu uświadomiła mi w jak dużym stopniu polegamy na elektryczności i wynalazkach, które zmieniają pierwotną postać pożywienia. W takich chwilach zawsze zaczynam myśleć o spróbowaniu witarianizmu, albo raczej diety osoby zalegającej z rachunkami za prąd. O porzuceniu tych wszystkich blenderów, malakserów i sokowirówek, które od nadmiaru pracy zaczynają się powoli buntować. Zresztą ja, robiąc tysięczny smoothie bowl, albo zielony koktajl z ilością składników przyprawiających o ból głowy,  też miewam ochotę na strajk.  Chociaż wiem, że to chwilowy stan niepoczytalności i zaraz zatęsknię za swoimi owocowo-warzywnymi kreacjami wymagającymi dobrych relacji z Tauronem;)
No tak, wyszedł wstęp bez związku z dzisiejszym przepisem, chociaż jest on wynikiem porażki, więc aż tak daleko od tematu nie odbiegłam. Deser ten miał być kremowym ciastem bananowym, ale że jego baza popękała podczas pieczenia, wylądował podzielony na porcję w szklankach i słoikach. 
W tak gorące dni jak dzisiejszy, to zdecydowanie lepszy pomysł na słodką przekąskę, niż pieczenie ciastek i przeklinanie na brak klimatyzacji. Tym bardziej, że pieczony spód można zastąpić surową orzechowo-daktylową miksturą albo zwyczajnie go pominąć.


Składniki:

Podstawa*
  • 90g ciasteczek Degestive, albo innych ciasteczek o wegańskim składzie
  • 3 łyżki wegańskiej margaryny albo oleju kokosowego
  • trochę soku z wyciśniętego z pomarańczy 
Masa
  • 1 i 1/2  szklanki słodzonego waniliowego mleka roślinnego
  • 2 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • puszka mleka kokosowego schłodzonego przez noc
  • 3-4 łyżki cukru pudru
  • banan
Dekoracja
  • pokruszona czekolada
  • orzechy

Sposób wykonania:

  1. Ciastka kruszymy  na mniejsze kawałki i miksujemy za pomocą malaksera wraz z margaryną (olejem kokosowym) i odrobiną soku pomarańczowego na gładką masę. Schładzamy przez około pół godziny. Schłodzone ciasto rozwałkowujemy i układamy na blasze do pieczenia. Podpiekamy w temperaturze 180 °C przez 10-15 minut.
  2. W między czasie przygotowujemy pudding dodając do zimnego sojowego mleka skrobię kukurydzianą. Dokładnie mieszamy.
  3. Pudding podgrzewamy na wolnym ogniu często mieszając by w masie nie powstały grudki. Po doprowadzeniu do wrzenia gotujemy przez około 5 minut.
  4. Gotowy pudding studzimy i przekładamy do lodówki na co najmniej godzinę. (najlepiej położyć na nim plastikową folie aby uniknąć powstania kożucha)
  5. Stałą część schłodzonego mleka kokosowego przekładamy do miski, dodajemy cukier puder i miksujemy za pomocą ręcznego miksera przez kilka minut. (Ważne by użyć pełnotłustego mleczka kokosowego, u mnie najlepiej sprawdza się mleko z Lidla.)
  6. Schłodzony pudding blendujemy z kokosową śmietanką i przekładamy do lodówki.
  7. Wystudzone ciasto kruszymy i przekładamy na spód szklanek albo słoików. Można też wycinać z niego niewielkie koła i układać na dnie szklanek.
  8. Kroimy banana w plasterki i układamy je na spodzie z ciasta.
  9. Bananową warstwę zalewamy puddingiem połączonym z kokosową śmietanką.
  10. Dekorujemy za pomocą pokruszonej czekolady i orzechów. 
 *bazę z ciasteczek można zastąpić nieco szybszą i zdrowszą opcją -mieszanką orzechów i daktyli (1 ½ – 2 szklanki orzechów zmiksować z 10-15 daktylami i podstawa jest gotowa:))